popmoderna-zawieszenie

Popmoderna | „Broad City”. Nowy Jork bez wysokich obcasów i terapeutów
braodcity
RECENZJE | 30.03.2015

„Broad City”. Nowy Jork bez wysokich obcasów i terapeutów

Wciąż lubimy seriale o Nowym Jorku. Mimo że w ostatnich latach obejrzeliśmy ich całkiem sporo, niezmiennie przybywają kolejne, domagające się natychmiastowego ograbienia nas z cennych chwil tzw. prawdziwego życia. Jeżeli jednak chcielibyście obejrzeć coś nowego, ale czujecie się przekarmieni losem neurotycznych bohaterów snujących się bez celu i/lub planujących podbój świata (chwilowo bez ustalonej daty startu) albo boicie się, że mimo obiecywanej komedii trafi się kolejny dramat i zostaniecie wplątani w rozwiązywanie problemów ludzi znanych wam jedynie z małego ekranu (absorbujących co najmniej jakby mieszkali w waszym salonie), możecie odetchnąć z ulgą. Pojawiła się nadzieja.

Comedy Central wyłowiło prawdziwą perłę z internetowego morza zwanego YouTube. Autorski projekt Abbi Jacobson i Ilany Glazer w 2014 trafił do ramówki stacji i dzięki temu dotychczas anonimowe twórczynie krótkich filmików na temat przygód dziewczyn w NYC stały się rozpoznawalnymi autorkami, na swoje nieszczęście wciąż przyrównywanymi do Leny Dunham. Jacobson i Glazer pytane o to, jak widzą swoją produkcję (czyli kolejny serial o dwudziestolatkach usiłujących wydrążyć wygodny kącik w Wielkim Jabłku) w kontekście tego, co robi Dunham, zaczęły się zastanawiać, czy mężczyzn-twórców także pyta się ciągle o to, co sądzą o swoim serialu w kontekście innego serialu opowiadającego o mężczyznach. Nie jest łatwo być dziewczyną ani kobietą w Nowym Jorku – odrobiliśmy już tę popkulturową lekcję. (Ale jak widać nie jest też łatwo być dziewczyną pracującą dla telewizji). Na czym więc miałby polegać fenomen kolejnego serialu o dziewczynach zamieszkujących miasto Carrie Bradshaw?

Ilana i Abbi są niesforne, niezdyscyplinowane, nieuporządkowane, nieskore do pracy. Jak na absolwentki koledżu pragnące robić wielkie kariery to dosyć kiepskie résumé. Na całe szczęście wiele wskazuje na to, że najlepsze kumpele od wspólnej i fatalnej jazdy na rolkach, dnia bez internetu i darmowych bankietów nie chcą robić wielkich karier. Bohaterki Broad City wiodą dosyć chłopacki (właściwie należałoby powiedzieć: zarezerwowany w świecie amerykańskiej telewizji dla chłopców/chłopaków/młodych mężczyzn) styl życia. Nie są zwolenniczkami pracy – Ilana dokonuje heroicznych wysiłków, aby nie podejmować żadnej aktywności w swoim biurze, którego roli i przeznaczenia w pełni sobie nie uświadamia. Nie znaczy to, że jest uroczą i wesołą dziewczyną, którą wszyscy kochają i chętnie uzupełniają za nią braki; Ilana, owszem, jest urocza i wesoła, ale o wyznaniach miłości przez jej najbliższych współpracowników należałoby zapomnieć, życzenia śmierci wydają się dużo bardziej prawdopodobne. Abbi pracuje w siłowni, chciałaby być trenerką, wciąż nie udaje jej się dokonać przeskoku ze stanowiska osoby sprzątającej łazienki i sale po treningach do koszulki profesjonalnej instruktorki. Biorąc pod uwagę fakt, że udało się to 50-letniej Marii o słabej kondycji fizycznej, i to ledwie po jednym dniu pracy w sektorze sprzątającym, Abbi powinna przemyśleć swoją strategię drogi do awansu. Niezrealizowane wciąż marzenie, mimo że czasem migocze na horyzoncie, pozostaje głównie fantazją, króliczkiem, którego Abbi z entuzjazmem goni.

Zatem w kwestii pracy nie ma za bardzo o czym mówić. W kwestii związków z kobietami i mężczyznami także nie, dziewczyny wplątują się w przypadkowe incydenty seksualne. Ilana co prawda spotyka się regularnie z pewnym uroczym dentystą, ale bardziej od niego interesują ją filmiki na YouTubie i rozmowy przez Skype’a, więc nie warto snuć wizji o tej dwójce na ślubnym kobiercu (albo chociaż na randce). Abbi to bohaterka nieco bardziej romantyczna, marząca o okazjonalnej romansowości spod znaku Danielle Steel (zauroczenie sąsiadem mogło się tak właśnie potoczyć), ale zawsze kiedy wydaje jej się, że to będzie właśnie ta chwila, dzieje się coś bardzo tę chwilę kompromitującego.

W pracy i miłości średnio sobie radzą, ale natrafiają na inne okoliczności prowokujące do odczuwania życiowego spełnienia. Doskonale wędrują po mieście, a miasto odwdzięcza się, oferując im mnogość uroczych, nieprawdopodobnych, absurdalnych przygód. Częste interakcje z ludźmi spotykanymi na trasie spacerów owocują cennymi (zwłaszcza dla debiutujących adeptów Nowego Jorku) wskazówkami, jak przeżyć poszukiwanie zagubionego smartfona na mrożącym krew w żyłach Manhattanie albo jak poradzić sobie bez niego i żyć pełnią życia, sprawdzając przy tym funkcję bycia offline (większość ludzi próbujących takiego eksperymentu nie kończy upadkiem na rolkach, skręceniem kostki i siedzeniem w wielkim wykopie z zaprzyjaźnioną paczką fig, ale Abbi lubi wyprzedzać trendy).

Dziewczyny lubią (z wzajemnością!) nowe media, śpiewają zarówno hity Lady Gagi, jak i utwory Judy Garland. Nie stronią od miłości do Marka Ruffalo oraz Elijah Wooda. Lubią oglądać seriale, tracić czas na oglądanie zabawnych filmów z pieskami i kotkami, a także wyprzedawać swoją garderobę. W zasadzie lubimy je za to, że są miłymi dziewczynami, które wesoło biegną przez życie, ale równocześnie próbują zawalczyć o swoje i zawsze rozstajemy się z nimi z poczuciem dobrze zainwestowanego czasu. Są dosyć zawadiackie i zaczepne – potrafią grozić nienabitą bronią z okresu wojny secesyjnej, gonić złodzieja dopóki go nie dopadną i nie rozliczą z win, a przy tym wspomogą potrzebującą dolarem albo dowiozą obrączki na psie wesele, choćby na drodze miało im stanąć milion przeszkód.

Z pewnością z sukcesem zagospodarowały widownię, która lubi się śmiać z samej siebie i nie chce przy okazji oglądania serialu urządzać seansów psychoanalitycznych. Równocześnie na pewno widzowie innych dziewczyńskich seriali chętnie sięgną po ten tytuł, żeby zobaczyć, czy istnieje świat po Lenie Dunham. Dowiedzą się wówczas, że istnieje, miewa się całkiem dobrze i rozgrywa całkiem po sąsiedzku, bo także na Brooklynie. Nowy Jork w serialu Jacobson i Glazer jest wesołym, kolorowym, słonecznym i nieco chimerycznym miejscem. Jest niekończącą się imprezą, którą można zacząć na spotkaniu miłośników jazdy rowerowej i zdrowego stylu życia, a skończyć na dachu albo w tajemniczych podziemiach, gdzie wciąż panują lata 50. (zwane też Narnią):

Adam Kruk pisząc o Broad City stwierdził, że bohaterki serialu niosą sztandar mówiący, że bieda to nowe bogactwo. Niewątpliwie trafił w sedno, bo dziewczyny czerpią ze swoich deficytów ile tylko się da. Nie aspirują, nie czują się sfrustrowane, nie mają planów pięcioletnich, ale lubią stawiać sobie liczne drobne wyzwania. Jeżeli seriale o prekariackim zabarwieniu będą powstawać coraz liczniej i wpędzać nas w poczucie beznadziei, dobrze wiedzieć, że można spędzić 20 minut w towarzystwie, dla którego szklanka jest zawsze do połowy pełna. Mnogość gagów, które walczą o rangę kultowych (przynajmniej w historii Comedy Central), rośnie w szybkim tempie. Mimo że stacja emituje serial zimą, na początek wiosny będzie idealny! Jeśli chcecie roztrwonić 400 minut życia, a nie wiecie gdzie, sądzę, że nie znajdziecie lepszej okazji.

Małgorzata Major

Małgorzata Major

(ur. 1984) – doktorantka Katedry Kulturoznawstwa Uniwersytetu Gdańskiego. Zajmuje się szeroko rozumianą kulturą popularną - od telewizyjnych dramatów jakościowych po produkcje/wydarzenia/zjawiska zrzeszające wspólnoty „złego smaku”. Interesuje się także zjawiskiem socnostalgii, telewizją okresu PRL-u oraz nowomedialnymi praktykami partycypacyjnymi internautów.