12_ilustracja2+mj
RECENZJE | 05.11.2012

Bond wychodzi z cienia (Skyfall)

 

 

Fatalna, utopiona w banale i ziejąca nudą już od mniej więcej czwartego taktu piosenka Adele nie okazała się na szczęście zapowiedzią emocji towarzyszących seansowi najnowszego „Bonda”. Skyfall to odtrutka dla tych, których organizmy do dziś nie wydobrzały po pokazie Quantum of Solace (2008), zgrabna kontynuacja idei zaszczepionych serii w rewelacyjno-rewolucyjnym Casino Royale (2006).

Dawno temu Wercyngetoryks, wódz pewnej małej galijskiej wioski, panicznie bał się, że niebo zawali się ludziom na głowę. To, co wydarzyło się paręset lat później na północ od kanału La Manche, można do takiej katastrofy przyrównać – MI6 przechodzi kryzys, wróg infiltruje Londyn, „M” (Judi Dench) znajduje się w niebezpieczeństwie. Na posterunku jest oczywiście agent Bond (Daniel Craig), ale to Bond dopiero niedawno przywrócony nie tylko w szeregi wywiadu, ale i do grona żywych. Wypadek podczas ostatniej misji zmusił „M” do napisania 007 nekrologu, a sam agent zaszył się na egzotycznej wyspie, gdzie, zamiast w oczy najgroźniejszych terrorystów, zaglądał do kieliszka. Teraz wraca – niespokojny, niepewny i, jak się zdaje, zupełnie niegotowy do bitwy o Anglię.

O ile twórcy Casino Royale postanowili Bonda uczłowieczyć, każąc mu kochać, cierpieć i wątpić, o tyle autorzy Skyfall po prostu z impetem rzucili nim o dno i – paradoksalnie – ponownie oddalili go od widza. Bond bowiem – co prawda – miota się, pije, zarasta, ale przyczyn jego wątpliwości i powodów, dla których najpierw dobrowolnie wykluczył się z grona żywych, a potem, gdy był potrzebny, bez wahania wrócił do służby, nie poznajemy. Dla widza 007 pozostaje nieprzenikniony, pozbawiony tła, wyrwany z kontekstów – „M” przypomina, że agent nie ma rodziny i oznajmia w końcu, że „pochodzi z cienia”. Jeżeli jednak ta izolacja bohatera, kiedy grał go na przykład delikatnie autoironiczny Roger Moore, budowała bondowski mit, to w Skyfall niemal odpycha i niepokoi. Najnowszy Bond jest jak targana niezrozumiałymi problemami maszyna do zabijania i uwodzenia – ogromną rolę w kreowaniu takiego wizerunku gra arcyciekawa aparycja Daniela Craiga, którego zmęczona, poskładana głównie ze zmarszczek i bruzd twarz kontrastuje z zestawem perfekcyjnie wyrzeźbionych mięśni. Agent Jej Królewskiej Mości to zardzewiały cyborg.

Metalowa powłoka schodzi jednak z Bonda wraz z postępem misji mającej na celu unieszkodliwienie złowrogiego Silvy (Javier Bardem) – losy rzucają 007 z powrotem na rodzinne ziemie i dopiero tutaj trzymająca broń ręka przestaje drżeć, a Bond, już przyobleczony we własną historię, na powrót wydaje się człowiekiem. W tych momentach okazuje się, że „bondziaki” – by użyć określenia Zygmunta Kałużyńskiego – mogą próbować dostarczyć widzom także innych emocji niż te powodowane zastrzykiem adrenaliny: Skyfall chwilami wydaje się wręcz wzruszający.

Ścigany przez Bonda Silva wywoływać może niestety już tylko uśmiech. Najnowszy czarny charakter stworzony został w oparciu o banalną figurę odwrócenia; jest po prostu antytezą agenta Jej Królewskiej Mości, obowiązkową przeszkodą, z którą ten musi zmierzyć się na drodze do samopoznania. Silva dzieli z brytyjskim agentem doświadczenie z pracy w MI6, ale jeżeli 007 to amant, Silva jest ohydnie oszpecony. Jeżeli Bond namiętnie uwodzi kobiety, jego wróg przejawia skłonności homoseksualne (brzmi to zresztą – co trochę straszne, ale chyba zdecydowanie bardziej śmieszne – jak dalekie echo teorii Cesarego Lombrosa na temat charakterystycznych cech przestępcy). Przeciwnicy 007 zawsze cechowali się barwnością, przymiotami wyróżniającymi ich z tłumu terrorystów tego świata, jednak nachalność zastosowanego rozwiązania drażni. Twórcy Skyfall starają się wszak podszyć swój film intrygującą psychologią, nagle jednak wprowadzają Silvę – antyBonda, kusiciela – porzucając tym samym wiarygodność na rzecz wulgarnej metafory

Skyfall ukazuje się na ekranach pół wieku po Doktorze No. Nic zatem dziwnego, że autorów filmu ogarnął nastrój nostalgiczno-refleksyjny, każący im zastanowić się, jak Bond wpasowuje się w czasy, w których eksplodujące długopisy kurzą się na strychu. Jest zatem w Skyfall szereg elementów, które podkreślić mają napięcie między przeszłością a teraźniejszością, film ozdobić wspomnieniami z poprzednich części cyklu, a widza wprowadzić w zadumę. Konkretnej tezy i wyraźnych pytań próżno tu jednak szukać, bo wspomniane elementy nie składają się w żadną spójną refleksję. Trudno pozbyć się wrażenia, że zostały one umieszczone w filmie tylko dlatego, że pięćdziesiąte urodziny do namysłu nad sobą po prostu zobowiązują. Efekt okazuje się jednak mniej ważny.

Skyfall niewolny jest oczywiście od typowych dla „bondziaków” dziwactw, nielogiczności i rozwiązań czysto fantastycznych. Jednak nawet widzowie nieuznający tej konwencji niekoniecznie znajdą czas, by się na tego typu fragmenty zżymać. Film jest bowiem perfekcyjnie wyważony pod względem dramaturgicznym, a stojąca za nim ekipa (na czele z reżyserem Samem Mendesem, do tej pory z kinem sensacji niekojarzonym niemal zupełnie) okazuje się grupą doskonałych fachowców, od czasu do czasu – dzięki jakiemuś błyskotliwemu pomysłowi – katapultujących Skyfall ponad standard dobrze nakręconych filmów akcji. Twórcy nie zdecydowali się na szczęście na kontynuację wizualnej maniery Quantum of Solace, w którym sceny akcji były tylko chaotycznym zbiorem frenetycznie migających, niedbale skomponowanych kadrów. W swojej dynamice Skyfall jest przejrzysty, od czasu do czasu ozdabiany wizualnymi smaczkami, a momentami po prostu zachwycający. Nowy „Bond” w najważniejszej dla siebie kategorii, czyli „filmu z wybuchami, pościgami i strzelaninami”, sprawdza się znakomicie. Być może największa w tym zasługa kryzysu finansowego, który dopadł MGM już po wybraniu reżysera Skyfall i niespodziewanie dał jemu i jego współpracownikom prawie cztery lata na dogrywanie szczegółów widowiska. Bond dzielnie kroczy niełatwą drogą, jaką obrał w Casino Royale i którą szedł dalej, choć bez przerwy się potykając, w Quantum of Solace. Pod względem fabularnym trzeci film z Craigiem jest domknięciem tej swoistej trylogii. Ekipa Bonda zostaje skompletowana, wszystkie elementy trafiają na swoje miejsce i, po pięćdziesięciu latach, można zacząć jeszcze raz. Byle tylko twórcy kolejnych części nie zapomnieli, że to już nowy – lepszy! – James Bond.

 

___

 

Na seans zapraszamy do Kina Pod Baranami: http://www.kinopodbaranami.pl/film.php?film_id=7173