dyjak
ARTYKUŁY | 13.05.2013

Bo ja słucham Marka Dyjaka

W końcu i Polska doczekała się swojego wielkiego artysty z XXI wieku, zapitego antybohatera o biografii nad biografie: Marek Dyjak, rocznik ’75. Przez wielu jest określany jako rodowity odpowiednik Toma Waitsa, dla innych to wrażliwiec i furiat pokroju Nicka Cave’a, dla reszty: alkoholik i degenerat. Dla mnie Dyjak to przede wszystkim artysta, którego bezlitosny show-biznes pochwycił w swe sidła i powoli sprzedaje jako warty konsumowania produkt kultury.

Dyjak sam jest sobie winien. Opowiada na prawo i lewo historie o swoim Wielkim Piciu, zapiciu, przepiciu i ucieczkach od picia, o próbach samobójczych, kobietach, ulicznych zamieszkach. Legendy o spaniu pod mostem, wielogodzinnych – ba! – wielodniowych libacjach i białych myszkach, które zamiast wstrząsać i skłaniać do refleksji, stają się medialną pożywką. Oczywiście, nie robi tego w Polsce jako pierwszy – wystarczy wspomnieć chociażby Macieja Maleńczuka czy Gienka Loskę. Biografie takich artystów są tematem publicznych rozmów i dyskusji, leitmotivem większości wywiadów, nieodłączną składową i znakiem charakterystycznym kreacji. Wizerunek Marka Dyjaka to ostatnimi czasy synonim artysty cierpiącego, zaczyna on przysłaniać najważniejszy element – genialną i prawdziwą muzykę. Niewątpliwie w przypadku każdego artysty knajpiane historie i szeregi niepowodzeń wzbudzają dużo większe zainteresowanie niż egzystencja szczęśliwej, docenianej i nagradzanej gwiazdy, żyjącej w zgodzie z powszechnie przyjętymi zasadami. Popyt na nieprzeciętne historie był, jest i będzie, o czym świadczy choćby dwusetny odcinek popularnego programu Kuby Wojewódzkiego.

Wojewódzki, jak na hienę TV przystało, może i kontrowersyjnie, ale bardzo sprytnie dobrał swoich gości – Dodę i Dyjaka. Król TVN-u być może sam nie zdawał sobie sprawy z inteligencji tego zestawienia: Doda – ucieleśnienie idei celebrity, twór popkultury, różowa królowa i ukochana bohaterka Pudelka – oraz Dyjak – wrażliwy bard, który jest obecnie w wywiadach częściej pytany o statystyki: „ile litrów mogłeś wypić?” niż o dorobek artystyczny; typowy przykład artysty, którego wizerunek poddawany jest ciągłej dramatyzacji i hiperbolizacji „ciemnej strony życiorysu”. Dwie postacie: Doda i Dyjak, które pozornie dzieli wszystko, łączy fakt, że są lepiej znane ze swojej biografii i legendy, jaka wokół niej narosła, niż z samej twórczości.

Pomijając postać Dody (która jest świetnym tematem na osobny tekst): kto zapytany na ulicy wymieni tytuły wybranych płyt Dyjaka, poda nazwy teatrów, w których śpiewał, i nagrody, które otrzymał? Ogarnia mnie strach, że Dyjak zmienia się w apetyczny kąsek – staje się coraz lepiej znany (bo pił) i lubiany (bo przestał pić). Ale nie przez to, że tworzy rewelacyjną muzykę. Szala zaczyna się przechylać – życiorys, który miał mu pomóc w karierze, niejako żyje własnym życiem, powoli zaczyna przerastać samą postać Dyjaka. A jego dorobek jest spory: kompozycje do spektakli teatralnych, udziały w konkursach piosenki, kilka płyt, wśród nich wybitny krążek Moje Fado, zawierający reinterpretacje takich znanych utworów jak Jednym szeptem i Ta ostatnia niedziela, czy nowy album Kobiety, którego premiera miała miejsce kilka tygodni temu. Dyjak ma też na koncie nagranie z Kasią Nosowską piosenki promującej zeszłoroczny festiwal Męskie Granie, która pozwoliła mu w pewnym sensie zaistnieć wśród szerszej publiczności.

Wojewódzki w pewnym sensie chciał Dyjakowi pomóc. Artysta, borykający się obecnie z wieloma problemami finansowymi, stawiającymi pod znakiem zapytania całą jego przyszłą karierę, został zaproszony do udziału w programie przez największego polskiego Piotrusia Pana w dobrej wierze – dostał możliwość pokazania się w show o rekordowych wskaźnikach oglądalności, opowiedzenia o najnowszej płycie, zgromadzenia publiki, a nawet znalezienia mecenasa. Tymczasem program, który powstaje w zgodzie z najważniejszymi zasadami branży rozrywkowej, jak na produkcję typowo komercyjną przystało, nie oszczędził także Dyjaka. Odcinek zmontowano w oparciu o zasadę „byle się dobrze sprzedało” i zamiast pokazać muzyka jako postać nieszablonową, barwną i wartościową, podkreślił jedynie to, co obecnie można znaleźć w internecie, guglując „Marek Dyjak” . Artysta zasłynął przed milionami Polaków jako człowiek, który może i śpiewa, może i tworzy, ale przede wszystkim jest alkoholikiem, który przeżył własną śmierć, doświadczył katharsis i zmienił dotychczasowe życie. Po raz kolejny telewizja dostarczyła swoim widzom łaknionych przez masę schematów: od zera do bohatera, czarny charakter zmieniający się w szlachetną postać, utalentowany artysta stojący nad przepaścią. Program Wojewódzkiego znowu udowodnił, że najważniejszą cechą rozmów na kanapie jest wyciąganie jak największej ilości wątków z życia prywatnego, spychając na drugi plan to, co powinno być tematem głównym spotkania przed kamerami: w przypadku Dyjaka – muzykę, sztukę, procesy twórcze. I właściwie nie ma w tym nic złego, bo to nieodłączny element tego rodzaju spektaklu.

Dyjak zasługuje na popularność – zasługuje na dużą publikę, odbiorców „na poziomie”, liczne wywiady i czas w talk show Wojewódzkiego. Powinni go zapraszać na bankiety i premiery, ludzie powinni kupować jego płyty, chodzić na koncerty. Zauważy to każdy, kto choć raz miał styczność z Dyjakiem – na żywo czy przez nośnik. Po spotkaniu z jego twórczością zapewne każdy cicho przyzna mi rację. Z tym że dla niego swoistą hańbą i upokorzeniem będą wzmianki w serwisach i portalach pokroju tego z pieskiem w logo czy artykuły w „Super Expressie”, które przewiduję jako następstwa dotychczasowych i kolejnych, powstających w podobnym duchu, wypowiedzi artysty. Epatowanie historiami z życia Dyjaka zaczyna tworzyć z niego kolejną gwiazdę, którą kochają media za możliwość dostarczania odbiorcom najlepiej sprzedających się towarów: rozrywki, uczuć i emocji – współczucia i litości. Już niedługo będziemy czytać o tym, jak widziano Dyjaka na imprezie z butelką wódki, jak pobił ochroniarza, bo próbowali wyrzucić go z klubu. I nawet jeśli nie będzie to prawda, będzie to doskonale pasować do publicznego obrazu Dyjaka, konstruowanego w oparciu o fragmenty wywiadów i wyrwane z kontekstu wypowiedzi. Po kilku kolejnych występach w programach komercyjnych zdjęcia zmęczonego artysty będą pojawiać się masowo w internecie – nie jako portret artysty złamanego i zmartwychwstałego, ale portret człowieka, którego każda kolejna porażka jest doskonałym materiałem na sprzedaż, tematem na artykuł, podstawą opowieści wartej publicznego maglowania i roztrząsania.

To ostatni moment, w którym Dyjak może się otrząsnąć, przestać opowiadać o historiach ulicznych, a zacząć mówić głośno i monotematycznie o swojej muzyce – w pełnym wymiarze godzin. Wokalista powinien zacząć uważać na pazernych dziennikarzy, którzy chcą wyciągnąć za dużo smaczków z jego życia, a następnie je podkoloryzować, przeinaczyć i sprzedać jako doskonałą historię. Biografia i styl bycia artysty mogą być niesamowitą siłą napędową kariery, faktorem wzrostu popularności i sprzedaży, o czym świadczą przykłady największych (wspominając Jima Morrisona czy Micka Jaggera). Zwłaszcza jeżeli prezentowana historia jest prawdziwa. A w przypadku Dyjaka jest najprawdziwsza – rzeczy, o których mówi w wywiadach, można usłyszeć w jego muzyce. Właśnie w ten sposób te historie powinny być opowiadane, w ten sposób powinny się zaczynać i kończyć, w innym wypadku ich autentyczność w końcu się wyczerpie.

Boję się, bo lubię Dyjaka. I ogłaszam alarm: jeśli nie widziałeś jubileuszowego odcinka Kuby Wojewódzkiego, nie słyszałeś ani nie czytałeś żadnego wywiadu z Dyjakiem, posłuchaj, jak Dyjak śpiewa. Zrób to, zanim uruchomisz przeglądarkę i dowiesz się, o kim właściwie jest ten tekst. Dopiero potem zacznij się ekscytować opowieściami o zmarnowanych latach, o wieszaniu się na drzewie, o magicznym uzdrowieniu.