popmoderna-zawieszenie

Popmoderna | Błazen to lelek (M. Sznajderman „Błazen. Maski i metafory”)
błazen
RECENZJE | 07.07.2014

Błazen to lelek (M. Sznajderman „Błazen. Maski i metafory”)

Klauni, cyrkowcy, akrobaci, linoskoczkowie, żonglerzy, kuglarze, słowem – wszelkiej maści błazny są przedmiotem eseju Moniki Sznajderman. Zarówno te stojące u podstaw kultury europejskiej i polskiej (Don Kichot, Stańczyk), jak i te współtworzące popkulturowy kanon (Joker). W swojej książce autorka nie zatrzymuje się na opisach poszczególnych błaznów – idzie dalej – przekuwa figurę arlekina w metaforę o zaskakująco szerokim wachlarzu możliwych interpretacji.

Tematem opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza pt. Zygfryd jest spotkanie dwóch osób – akrobaty Zygfryda i inteligenta Stefana. Pierwszy uosabia cielesność, siłę i sprawność fizyczną, drugi – intelekt i erudycję. Zygfryd w czasie długich rozmów ze Stefanem zyskuje wiedzę, która wcześniej była dla niego niedostępna, zostaje – jakby to pewnie ujął Witold Gombrowicz – zgwałcony przez uszy i uświadomiony. Jednocześnie traci pewność siebie, cyrkowe sztuczki nie wychodzą mu już z taką łatwością. Ograniczenie intelektu okazuje się więc w przypadku Zygfryda nieodzownym elementem sztuki gimnastycznej. Świadomość istnienia grawitacji – ujmując rzecz przenośnie – sprawia, że akrobata nie potrafi powtórzyć swoich niesamowitych wyczynów: spaceru na linie czy żonglowania butelkami za pomocą stóp.

Taki obraz błazna jako kogoś o wąskich horyzontach myślowych, więcej nawet – głupka i idioty – to chyba jedno z najpowszechniejszych wyobrażeń tej figury. Nie bez kozery mówi się przecież, że ktoś „się zbłaźnił”. Karłów przebierano w kolorowe, łaciate stroje, by się z nich naigrywać i by ludzie o słabym charakterze mieli słuszny punkt odniesienia podczas budowania własnego poczucia wartości. Z kolei w słynnym wierszu Zbigniewa Herberta określenie siebie jako błazna było gestem pokory – oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz.

Ale przecież błazen ma też swoje inteligenckie wcielenia. Sznajderman wskazuje na przykład na dandysa jako jedną z wielu postaci, które wkładają błazeńską maskę. Dandys ponad wszystko ceni sobie wykwintny strój, ale także – o czym często się zapomina – władzę nad otaczającymi go ludźmi. Jego nieustanna gra konwencjami pozwala mu nadawać ton każdej rozmowie, każdemu spotkaniu. Ten rys demiurgiczny łączy go z błaznem jako nowożytnym Prometeuszem – figurą, która szczególnie intensywnie oddziaływała na artystów XIX-wiecznych, figurą, którą cechowała nieograniczona twórcza moc w sferze sztuki, a co za tym idzie – złamanie zakazu naśladowania bożego dzieła.

Figura błazna była obecna w historii ludzkości przez wieki, w każdej kulturze i w każdym czasie. Różne jej wcielenia łączyła podwójność życia na marginesie. Zaobserwować można bowiem od dawien dawna ekskluzję błazeńskiej profesji, trwającą w formach bardziej subtelnych aż do naszych dni. Błazen to ktoś przynależący do społecznego nawiasu, outsider i wyrzutek. Hańba dosięgała go równie często jak prostytutkę, razem z którą przynależy do grupy wyłączonej z familia Christi. Wykluczenie jednak nie oznacza bezużyteczności. Choć a priori potępiony, w dalszym ciągu ma swoich klientów – jego występy gromadzą w cyrku pełną widownię. Nadal zachwyca, nadal rozśmiesza, nadal zbiera oklaski.

Z drugiej strony ta ekskluzja stawia błazeński zawód w rzędzie profesji sakralnych: tyleż hańbiących, co wybranych, tyleż kalających, co uświęconych; w rzędzie profesji i zjawisk marginalnych, wykraczających poza ludzki kosmos z jego ładem i kulturą. Jest więc błazen też wybrańcem. Sznajderman odnajduje nici łączące go z tricksterem – półbogiem-żartownisiem, który sprzeciwia się ustalonym w przedwiecznym akcie kreacji prawom i buntuje przeciw bogom. W takim ujęciu rysy błazeńskie otrzymuje na przykład Prometeusz. Błazen ukazuje rzeczy zakryte przed oczami zwykłych ludzi. Jego sztuka odkrywa tajemnice, których bez jego pomocy nikt nie potrafiłby dojrzeć. Jest jak lelek, w mitach kosmologicznych – niczym wspomniany Prometeusz – występujący w roli boskiego szelmy, trickstera, herosa ludowego, który wykrada bogom ogień i przynosi go w darze na ziemię.

Wskazanie przez autorkę na powiązania między wielkością a śmiesznością, między błazeństwem a szeroko pojmowaną władzą czy mistrzostwem przynosi ciekawe reinterpretacje postaci dobrze znanych. Że Don Kichot to błazen, w którym śmieszność i wielkość nie wykluczają się, a są wobec siebie komplementarne, to wiadomo. Sznajderman odkrywa jednak, że maskę klauna nosili także ci, których nigdy byśmy o to nie posądzali. Na przykład cały rząd rosyjskich błaznów-demonów, biesów dobrze w rosyjskiej tradycji osadzonych, bardzo typowych, w jednej postaci łączących błazenadę z absolutnym złem: Iwan Groźny, Józef Stalin, a także –niewymieniony w książce, ale też pasujący do tej klasyfikacji – Piotr Wielki. Ten ostatni, na przykład, słynął z okrucieństwa (podczas budowy nowej stolicy zginęła duża część narodu, on sam własnoręcznie udusił własnego syna), ale w Peterhofie, w ogrodach carskich, kazał zamontować fontanny–szutichy (szutka – ros. żart), które włączano, gdy aleją przechodziły wystrojone i ufryzowane damy.

Demoniczny śmiech nie musi być tylko i wyłącznie objawem okrucieństwa. Zbigniew Herbert w krótkiej prozie poetyckiej Gabinet śmiechu pokazał jego właściwości edukacyjne i poznawcze, a także wskazał na to jak błazeńskie odbicie lustrzane może przygotować na przyszłe niepowodzenia i zawody życiowe. Odwiedzajcie gabinet śmiechu. To przedsionek życia, przedpokój tortury.

Książka Sznajderman zaprasza do takiego spaceru po gabinecie śmiechu. W lustrze dowcipu, humoru i żartu czytelnik odnajduje błazeńskie odbicie kultury, literatury i historii. Jest to przechadzka błazeńska – a więc za nic mająca sobie unormowane kanony i gusta, często odbywająca się odnogami i uliczkami mniej znanymi. Nieraz więc okaże się, że w tym eseju zapomniany utwór Fiodora Dostojewskiego – Sioło Stiepanczykowo jest równie ważny jak Bracia Karamazow, a w przypadku Tomasza Manna to nie lektura Czarodziejskiej góry, ale jego Podróży przez ocean z „Don Kichotem” odkryje u niemieckiego noblisty oblicze pierrota. Na literaturze jednak rzecz się nie kończy. Egzemplifikacją błazeńskich strategii są także filmy i kultura popularna, od Batmana poczynając, na arcydziele Benigniego Życie jest piękne kończąc. Lektura tej książki – poprzez szeroki zakres dzieł, do których się odwołuje, utworów wypełniających kulturową atmosferę, którą oddychamy wszyscy – może więc pomóc w zrozumieniu błazeńskich masek współczesności.

 

Monika Sznajderman

Błazen. Maski i metafory

Wydawnictwo Iskry, 2014

Liczba stron: 340

Paweł Micnas

Paweł Micnas

(ur. 1992) zamieszkały w Poznaniu flâneur, cyklista i student filologii polskiej oraz wschodoznawstwa na UAM. W wolnych chwilach czytuje akmeistów, marnotrawi czas na football, a także mierzy się z wszelką prozą, która wpadnie mu w ręce. Najchętniej wszystkie zimy spędzałby w Dubrovniku, a lata w Petersburgu