popomoderna-kryzys-wolnego-rynku-janota-02
RECENZJE | 15.06.2015

Biografia zapowiedzianej katastrofy (George Packer „Kryzys wolnego rynku? Ameryki portret wewnętrzny”)

Osiedla separowane od miasta płotami, puste ulice przemierzane przez SUVy, brak wspólnej przestrzeni, zapadłe poprzemysłowe miasteczka, praca za wynagrodzenie w sam raz na poziomie utrzymania podstawowych funkcji życiowych, cięcia, oszczędności i niebotyczne zarobki specjalistów od cięcia i oszczędności, rzutcy bogaci prezesi firm i zadłużeni absolwenci uniwersytetów, rozpadająca się klasa średnia, otyłość ubogich, ekspansja dyskontów, wieczne reformy, które pogarszają sprawę, marzenia o iPhone’ach, polaryzacja ideologiczna w każdym rejonie życia, fanatyczna prawica, maniakalna tępota, brak wspólnego języka, bezsilność, cynizm, marazm i niewiara – przydeptane samozadowoleniem nielicznych, którym rozpad ludzkiego świata przynosi pieniądze i łechta poczucie dominacji. Brzmi znajomo? Ill fares each land, ale palma pierwszeństwa należy do Ameryki.

New Yorker ma talent nie tylko do rysowników(-czek), ale i do reporterów(-ek), których książki samorodnie pojawiają się co parę lat i bez większych trudności zajmują czołowe miejsce w kolejce do Pulitzera. Odrębną kategorię gatunkową wśród tych publikacji tworzą teksty o samych Stanach – steinbeckowsko podniosłe i gorzkie zarazem, mieszające dyskursy naukowe z opowieściami o prostych Amerykanach, którym albo życie wali się na głowę, albo moment olśnienia zsyła genialny pomysł na życie – albo i jedno, i drugie. Kryzys wolnego rynku? Ameryki portret wewnętrzny George’a Packera do tego właśnie gatunku należy. Teraz dostępny jest w polskim przekładzie, którego kilka poważnych translatorskich kiksów nie powinno jednak przesłonić samej książki.

 

Ciemność

Pomysł jest prosty, choć ryzykowny: przeplatającymi się kilkunastoma mini biografiami (w różnym stopniu znanych osób) autor opowiada o postępującym upadku USA, który dokonuje się od lat siedemdziesiątych. W te odrębnie kreślone żywoty Packer wprowadza specyficzne napięcie – wydaje się, że każda z tych osób dąży do czegoś nieokreślonego, czego jeszcze nie potrafi objąć nawet swoją nadzieją; gdy nadejdzie kryzys, wszyscy się w nim pogrążą, na różne sposoby interpretując to, co się stało. Jak światła w gęstniejącym mroku, mobilizują całą swą energię na zbudowanie czegoś nowego, choćby tylko własnego życia – ale otaczająca ich ciemność, ta trudna do wyjaśnienia aura niemocy towarzysząca kryzysom kapitalizmu, w końcu niszczy podjęte starania. Tak, opowieść ma podtekst dydaktyczny, bo nikt tu się ostatecznie nie poddaje, a wolność i nadzieja Ameryki wciąż powiewają ugwieżdżonym sztandarem na horyzoncie – jednak dzięki temu doskonale widać, jak kapitalizm zastawił pułapkę na własne impulsy rozwoju. Nawet w kraju takim jak Stany Zjednoczone, gdzie – co nieodparcie zdumiewające – zdarzają się jednostki, które po największej porażce dochodzą do wniosku, że ich następny pomysł musi się tym razem udać. Zniszczenie tkanki społecznej blokuje jednak szanse odnowy. W pustej przestrzeni, która została po społeczeństwie, działa tylko strategia hit-and-run, nie daj się zniszczyć – i niszcz.

 

Bełkot

Magma kapitalistycznego rozkładu pozbawia prawomocności jakiekolwiek intelektualne próby zaradzenia kryzysowi. Wszyscy mają rację i nikt jej nie ma. Liberałowie mają rację, bo przecież kapitalizm, bogacze i twardogłowi republikanie w rodzaju Newta Gingricha są winni. Tyle tylko, że sami muszą się przypodobać Wall Street o wiele bardziej, niż musieliby to robić republikanie. Ideologii rednecków też przynajmniej w części nie sposób odmówić podstaw, bo stojące w interesie kapitału państwo obcesowo obchodzi się z obywatelskimi wolnościami i demokratyzmem podejmowanych decyzji, a starając się kompromisem uratować resztki socjalu, daje pole do biurokratycznej ociężałości – która nie działa w niczyim interesie, może prócz interesu popędu śmierci.

Wszystkie pozycje na ideologicznej szachownicy na swój sposób wyrażają krytykę tego, co się dzieje i nikt w istocie nie jest zadowolony. Spór dwóch głównych partii kanalizuje ten niepokój, pozwalając mu się rozproszyć w debatach na coraz bardziej absurdalne ideologicznie tematy. Dzięki temu może się wydawać, że wystarczy usunąć oponenta i już będzie lepiej. Niestety, niezadowolenie przecina wszystkie linie podziałów i w ostatecznej instancji – nawet po wielkiej jatce – prowadzi tylko do znienawidzenia samego siebie.

 

Ból

Jaka jest moc diagnoz opartych na biografiach, skleconych z jednostkowych obserwacji i przeczuć? Zazwyczaj przecież siła wyrazu – zwłaszcza kogoś, komu kryzys osobiście przetrącił kręgosłup – nie idzie w parze z precyzją opisu społecznych stosunków. Tym razem to zastrzeżenie nie ma zastosowania. Owszem, książka Packera zawiera zbyt pochopne diagnozy, może zbyt łatwo sięga po uproszczenia, ale takiego otrzeźwienia potrzeba najbardziej tam, gdzie żadne publiczne dyskursy nie oddają rozmiarów katastrofy. Nie ma ona ani lokalnego wymiaru, ani nie jest przejściowym zaburzeniem. Katastrofa stała się stanem permanentnym, tolerowanym i wyczekiwanym – z większą lub mniejszą bezsilnością. Jedynym, co da się robić, to kupować sobie na kredyt więcej czasu, jak to robiono już w latach siedemdziesiątych, a ostatnio, na większą skalę, ćwiczy się od 2008 roku.

Po globalnym kryzysie finansowym [Paul] Thiel stworzył teorię dotyczącą przeszłości i przyszłości. Sięgała ona 1973 roku – „ostatniego roku lat pięćdziesiątych”. Był to rok kryzysu paliwowego, kiedy średnie płace w Ameryce przestały rosnąć. Lata siedemdziesiąte stanowiły dekadę, w której wszystko zaczęło iść nie tak. Przestało działać wiele instytucji. Nauka i technika zatrzymały się w rozwoju, model wzrostu się załamał, rząd nie funkcjonował już tak dobrze jak kiedyś, życie klasy średniej zaczęło się pogarszać. […] Cztery dziesięciolecia – w dół, w górę, w górę, w dół. Po czterdziestu latach byłeś wykończony.

Sprawy zaszły tak daleko, że na jakimś dziwnym, pra-politycznym poziomie, co do objawów kryzysu mogą się zgodzić najwięksi ideologiczni przeciwnicy. Paul Thiel to jeden z zaprzysięgłych libertarian. Ten konsensus nie zmienia faktu, że sposoby leczenia kryzysu są już wprost zależne od ideologicznych opcji – zanurzonych w kakofonii oderwanego od rzeczywistości sporu nie mogą ani znaleźć realizacji, ani tym bardziej przynieść ratunku.

 

Zawód

Z gorzką skrupulatnością Packer opisuje moment mobilizacji, w którym do władzy doszedł Obama – i rozpad zaufania, który nastąpił później. Administracja nowego prezydenta, zajęta przypodobywaniem się twardym republikanom oraz przejmowaniem osób związanych z Wall Street, straciła nawet tę szansę, by odpowiedzialność zrzucić na cudze barki. Obama, którego społeczna percepcja mogła wynieść do pozycji nowego Roosevelta, stał się symbolem dziwnego czasu: człowiekiem wielkich planów i o wiele mniejszych, wypaczonych rezultatów, wielkich słów i nieustępliwej prozaiczności rozkładu, jednoczesnym twórcą i grabarzem swojego mitu. Jest zupełnie tak, jak gdyby dawniej całkiem dobrze funkcjonujący mechanizm, który przekładał wielkie projekty na społeczną zmianę, nawet nie uległ zablokowaniu, ale zupełnie zanikł w rzeczywistości, która rozszerza się i traci przejrzystość.

 

Trwanie

Nie wiadomo, czy George Packer czytał Waltera Benjamina, ale wiadomo, że Walter Benjamin ma rację. Katastrofą nie jest to, co się zdarzyło, nie jest nią nawet to, co nas spotka, ale sam fakt, że to wszystko tak dalej trwa. Książka Packera jest tego wymownym świadectwem. Uwiedzenie nicością trwa długo, ale może kiedyś spotkamy się wszyscy po drugiej stronie i będziemy mogli go czytać jak dziś Steinbecka. A może będziemy trwać i nie spotkamy się nigdy.

 

George Packer

Kryzys wolnego rynku? Ameryki portret wewnętrzny

Tłum. Magdalena Słysz

Świat Książki, 2015

Liczba stron: 608