• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Artykuły, Recenzje | 30.07.2018
Beata na bitach („Beata” Beaty Kozidrak)
Artykuły, Recenzje | 30.07.2018

Beata na bitach („Beata” Beaty Kozidrak)

Zaskoczka! – tak rozpoczął swoją entuzjastyczną recenzję w „Machinie” Paweł Dunin-Wąsowicz. To zrozumiałe. Nawet dwadzieścia lat później można poczuć jakieś absurdalne zdziwienie, słuchając albumu Beaty Kozidrak, który zaczyna się od trip hopowego bitu.

Pierwsze trzynaście sekund Widziałam ją, a tym samym i całej Beaty, musi kojarzyć się z Blue Lines Massive Attack i Maxinquaye Tricky’ego – to inspiracje charakterystyczne dla 1998 roku, wciąż szokujące jednak na płycie wokalistki Bajmu. Na dodatek: płycie skomponowanej i wyprodukowanej głównie przez sidemanów Pawła Sota i Adama Abramka, z którymi ostatnio współpracowała osiem lat wcześniej, nagrywając patetyczną, rockową Białą Armię. Na pierwszym sygnowanym już tylko jej imieniem objawia się polska Madonna! I to zdecydowanie bliżej „Frozen” niż „True Blue” – ekscytował się Dunin.

Bez porównywania Beaty na bitach do wydanego pół roku wcześniej Ray of Light Madonny – tej innej gwiazdy lat 80. (też farbowanej blondynki, też uważanej za queerową ikonę), która zyskała szacunek sceptycznych wcześniej krytyków i osiągnęła sukces komercyjny albumem czerpiącym z ówczesnej elektroniki – nie mogło się obyć. Co ciekawe, na moje dzisiejsze ucho, Beata w tej konfrontacji nie wypada wcale gorzej. Produkcja na polskiej płycie nie może się równać z popisami Williama Orbita – mimo że została ona zrealizowana w duńskim studiu (gdzie wcześniej nagrywali m.in. Tina Turner, George Michael i Elton John, jak zapewnia oficjalna strona Kozidrak), brzmi dosyć swojsko, choć zupełnie cywilizowanie – zawarty na nim zestaw piosenek prezentuje się wyjątkowo zgrabnie. O ile Ray of Light słuchany dziś wydaje mi się przydługi w charakterystyczny dla drugiej lat połowy 90. sposób, dosyć nużący i mniej interesujący pod względem kompozycji niż wcześniejsze, trudniejsze do docenienia dla rockowych krytyków, ale piekielnie błyskotliwe płyty Madonny, Beata jest bezpretensjonalna, pozbawiona dłużyzn i momentami skandalicznie przebojowa.

Płytę w dużej mierze „robią” single, od których trudno było uciec dwadzieścia lat temu i które są w polskim radiu obecne do dziś. Przynajmniej trzy piosenki zna każdy, kto w tamtych czasach bywał w zasięgu radioodbiornika i każda z nich broni się wciąż świetnie. Siedzę i myślę reprezentuje ten bardzo charakterystyczny rodzaj polskiego popu z lat 90. plasujący się gdzieś między r&b i pop rockiem (w równym stopniu typowy dla epoki, co użyte w teledysku efekty), ale osiąga w swojej formie mistrzostwo – muzycy pozwalają sobie choćby na krótkie jazzujące popisy na pianinie i gitarze oraz wyeksponowany motyw na (syntezatorowym?) akordeonie. Ballada downtempo Taka Warszawa ma jeden z najbardziej charakterystycznych refrenów, które Kozidrak kiedykolwiek zaśpiewała i zaskakuje powściągliwością wykonania – pamiętajmy bowiem, że mamy do czynienia z wokalistką, która lubi szarżować. Największe wrażenie zawsze robiło na mnie falujące i narastające Żal mi tamtych nocy i dni, przywołujące przy pomocy perkusjonaliów i syntezatorowych efektów atmosferę niesprecyzowanej egzotyki. Bez trip hopowego basu i gitary w stylu „polski sideman w latach 90.”, brzmiałoby to jak jakiś balearyczny klasyk.

Większość tracklisty Beaty trzyma poziom, ale jednocześnie nie pozwala słuchaczowi zapomnieć, że obcuje on z płytą wokalistki Bajmu. W podniosłej balladzie Kolce róż Kozidrak przechodzi w swój tryb rockowy i śpiewa o rozważającej samobójstwo kobiecie ze złamanym sercem (w polskich piosenkach z lat 90. miłość, zdrada i śmierć mieszały się dosyć często), kończąc utwór serią plantowsko-bonowskich okrzyków. W Lecie ze snu, jedynej na płycie kompozycji Beaty, wokalistka powraca (w podobnym sztafażu słodkiej, syntezatorowej ballady) do znanego z Dwóch serc, dwóch smutków Bajmu motywu kobiety w ciąży porzuconej przez kochanka. Jest też powoli rozwijający się i zmysłowy Olek, najprawdopodobniej oda do masturbacji, w której Kozidrak deklamuje Hej Olek, / zrób sobie święto, / łap jedną ręką / to co da da da da da ci świat, wydaje bardzo sugestywne odgłosy, przechodzi do parlanda po francusku i kończy, śpiewając po angielsku (ze słuchu: „Living without your angel / from night to another day”). Zdarzają się tu momenty zbijające z tropu, patetyczne, naładowane mało wysublimowaną erotyką i nieskrępowane żadnym „dobrym gustem”. To zdecydowanie album Beaty Kozidrak.

Ray of Light może być oczywistym punktem odniesienia, ale Beata to typ płyty niezwykle charakterystyczny dla drugiej połowy lat 90., typ „znany wykonawca próbuje fuzji swojego stylu z modnymi brzmieniami elektronicznymi”. Duet Everything but the Girl, ośmielony występem wokalistki Tracey Thorn na Protection Massive Attack i popularnością tanecznego remiksu Missing autorstwa Todda Terry’ego, na albumie Walking Wounded z 1996 roku z sukcesem połączył swoje bardzo klasyczne piosenkopisarstwo z trip hopem, drum’n’bassem i house’em. Podobne próby, z nieco mniejszym powodzeniem, podejmował David Bowie na płytach Outside i (zwłaszcza) Earthling. Madonna zbadała grunt już w 1995, nagrywając we współpracy z Massive Attack cover I Want You Marvina Gaye’a (dla mnie, urodzonego w 1987 roku, była to pierwsza wersja tego utworu, jaką usłyszałem) na kompilację ballad Something to Remember. Björk, Portishead czy wspominani Massive Attack pokazali, że futurystyczna muzyka z komputera może przyjąć też formę poruszającej piosenki, a ich wpływ na muzykę rozrywkową okazał się ogromny, doprowadzając do powstawania coraz bardziej rozwodnionych kopii na modłę kawiarnianą.

Kiedy myśli się o takich próbach na polskim podwórku, trudno nie wspomnieć o dwóch solowych albumach Katarzyny Nosowskiej, z których druga, nagrana we współpracy z Andrzejem Smolikiem Milena, ukazała się tylko kilka miesięcy przed Beatą. Co chyba mało zaskakujące, projekt Nosowskiej w swoich poszukiwaniach idzie dużo dalej, a utwory wydają się raczej wychodzić od eksperymentów z elektroniczną formą, która wpływa na ich faktyczną treść. U Kozidrak elementy elektroniczne stanowią przede wszystkim rolę bardzo sprytnych ozdobników, przykuwających uwagę, odświeżających, „ocieplających wizerunek Kozidrak”.

Jednocześnie czynią one solowy debiut naszej rockowej lwicy czymś szczególnym – unikatowym miksem modnych w latach 90. bitów i absolutnie polskiego popu i rocka, który mógł istnieć tylko obok muzyki Justyny Steczkowskiej, Varius Manx i wokalnych prób Agnieszki Maciąg. Co ciekawe: to modne brzmienie sprawia, że solowa Beata brzmi dziś mniej aktualnie niż starsze o jedenaście lat, synthpopowe Nagie skały Bajmu („ta druga dobra płyta z Kozidrak na wokalu”). Przesadą byłoby jednak powiedzieć, że Beata to polskie lata 90. w formie albumu muzycznego. To tylko druga ich połowa.