batman
ARTYKUŁY | 23.07.2012

Batman: noir, art deco i spray na rekiny

Bogate małżeństwo zamordowane w ciemnej uliczce obskurnej metropolii. Ich syn przywdziewający rogatą maskę i czarną pelerynę, prowadzący krucjatę przeciw złodziejom, mordercom i gwałcicielom. Wykrzywiona w demonicznym uśmiechu twarz zielonowłosego szaleńca. Czy jest na sali ktoś, kto nie skojarzył jeszcze powyższych zdań z wiadomą postacią?

Batmana i jego historię znają wszyscy – również w Polsce, w której komiksy czyta i kupuje garstka (w porywach: kilka tysięcy) czytelników. Poprzedni film kinowy o bohaterze, Mroczny Rycerz, okazał się hitem również w naszych kinach, a jego kolejna część, która na ekrany kin wejdzie już za moment, prawdopodobnie także zarobi parę złotych. Popularyzacji tej postaci w naszym kraju ogromnie przysłużył się Tim Burton, którego dwa spektakularne filmy umiejscowione w uniwersum Gotham zrobiły furorę w kinach i na kasetach VHS na przełomie lat 80. i 90. Dylogia Burtona to jednak nie pierwsza próba przeniesienia przygód Nietoperza na taśmę filmową.

Interesujące jest, że każda kolejna ekranizacja przygód Batmana to zupełnie odmienne podejście zarówno do postaci głównego bohatera, jak i do świata przedstawionego. Pod tym względem Człowiek-Nietoperz to postać wyjątkowa. Popkultura z powodzeniem eksperymentuje z nią na wszelkie możliwe sposoby i cały czas szuka formuły na tchnięcie nowego ducha w Gotham City i jego mieszkańców.

 

Batman wojenny

Pierwsze ekranizacje zmagań Mrocznego Rycerza powstawały już w pierwszej połowie lat 40. Na rok przed Powstaniem Warszawskim i jedynie cztery lata po komiksowym debiucie zamaskowanego mściciela, niespełna 20-letnie amerykańskie studio filmowe Columbia wyprodukowało czarno-biały serial pt. Batman. Superbohater był tu amerykańskim agentem tropiącym nikczemnego, wąsatego Japończyka: Doktora Tito Dakę. Cała intryga rozgrywała się, rzecz jasna, w realiach II wojny światowej, a Batman – wraz ze swym nieletnim ziomem Robinem – tłukł się z gangsterami w prochowcach i kapeluszach. Warto to zapamiętać – owe klimaty, które dziś określilibyśmy jako retro, powrócą kilkadziesiąt lat później, w kolejnych filmowych wizjach przygód Człowieka-Nietoperza.

 

Batman campowy

Serial Batman, a także powstały w 1949 roku Batman & Robin (szwarccharakterem był tu niegodziwiec o pseudonimie Wizard), obejrzeć można było w kinach, kolejne odcinki puszczano tydzień po tygodniu. Oglądalność ich telewizyjnych reemisji z połowy lat 60., a także popularność komiksów, nakłoniły producentów telewizyjnych do ponownych ekranizacji. I tak: skoro w latach 40. dostaliśmy Batmana walczącego z przeciwnikami aliantów, szalona szósta dekada ubiegłego stulecia również odcisnęła na jego historii silne piętno.

Mocno kiczowate i w zamierzony sposób komediowe podejście do uniwersum w postaci serialu The Batman oraz filmu Batman: The Movie (pod urzekającym rodzimym tytułem Batman zbawia świat) do dziś uznawane jest za kultowe. Żarty Jokera (wąsatego!) są uroczo suche, zagadki Riddlera absurdalne i nierzadko możliwe do odgadnięcia dopiero po spożyciu solidnej dawki psylocybiny, a Batman z Robinem wyglądają w swoich strojach jak uczestnicy balu maskowego w psychuszce. Niektóre sceny, dialogi i zwroty akcji z tego serialu biją rekordy popularności w serwisie YouTube. Pewnie znacie tę słynną sekwencję: helikopter Batmana i Robina zostaje zaatakowany przez rekina (!), którego na szczęście udaje się odepchnąć specjalnym antyrekinowym sprayem (!!), w wyniku czego morski ludojad eksploduje (!!!).

Serial z lat 60. jest do dziś na tyle popularny, że skorzystano z niego niecałą dekadę temu. Powrót do Jaskini Nietoperza z roku 2003 to czysta popkulturowa zabawa. W filmie powracają odtwórcy głównych ról z serialu, nie najmłodsi już Adam West (Batman) i Burt Ward (Robin), obaj grający samych siebie. Intryga zasadza się na kradzieży pamiętnego rekwizytu filmowego: Batmobilu, a akcja pełna jest żartobliwych nawiązań do serialu – ku uciesze fanów powraca między innymi antyrekinowy spray.

 

Batman niejednoznaczny

Producenci kinowi zainteresowali się tematem w drugiej połowie lat 80. Zadania przeniesienia zmagań Mrocznego Rycerza na srebrny ekran podjął się wspomniany Tim Burton. Mimo że reżyser za młodu był fanem serialu z lat 60. (jak wspomina, zrywał się ze szkoły, by oglądać jego kolejne odcinki), zadecydował, że w swoim filmie odetnie się od estetyki komediowego campu. Podejście to zaowocowało dwoma poważnymi, mrocznymi i groteskowymi widowiskami. Gotham City to niepokojące miejsce, którego szalona architektura pełnymi garściami czerpie m.in. z neoklasycyzmu, ekspresjonizmu czy art déco. Jest tu też miejsce dla atmosfery psychodelicznego cyrku i klimatów kina gangsterskiego – stroje chwilami wyglądają jak wypożyczone z planu seriali z lat 40.

W przypadku obu filmów (Batman z 1989 i Powrót Batmana z 1992), swoje zrobiła obsada. Burton już wtedy znany był w Fabryce Snów jako ekscentryk z niezwykłą wyobraźnią. Kiedy producenci zaproponowali, by Batmana zagrał któryś ze znajdujących się wówczas na topie herosów kina akcji (pod uwagę brani byli m.in. Arnold Schwarzenegger i Bruce Willis), reżyser stwierdził, że to absurd – osoba o gabarytach Conana nie musiałaby wcale przebierać się za wielkiego nietoperza, by budzić postrach. Tym samym studio zaczęło brać pod uwagę aktorów węższych w ramionach. Przez głowy producentów przewijały się nazwiska takie, jak: Alec Baldwin, Charlie Sheen, a nawet Bill Murray. Ostatecznie rolę tytułową otrzymał Michael Keaton, znany z szalonej roli w Beetlejuice. Bruce Wayne w jego wykonaniu to postać niepokojąca i niejednoznaczna, małomówna i introwertyczna.
W obu filmach Burtona zdecydowanie więcej do powiedzenia mieli przeciwnicy superbohatera. Aktorzy wcielający się w nich stworzyli kilka ról kultowych, by wspomnieć tylko Jacka Nicholsona – Jokera i pamiętną Michelle Pfeiffer w lateksowym, patchworkowym kostiumie Catwoman.

Mimo dobrego przyjęcia obu produkcji przez krytykę, Burton został odsunięty od kręcenia kolejnych części nietoperzej sagi. Powód był bardzo prozaiczny: drugi film nie sprzedał się tak, jak oczekiwali tego producenci. Film o Batmanie powinien być machiną napędzającą również sprzedaż zabawek, tymczasem Powrót Batmana okazał się filmem zaskakująco dorosłym.  Just the pussy I’ve been looking for – rzuca ze sprośnym uśmiechem Danny DeVito w kierunku prężącej się w jego łóżku kociej Michelle Pfeiffer, a wszystkiemu przyglądają się na sali kinowej skonsternowani rodzice, którzy na seans przyszli ze swoimi pociechami.

Nigdy nie zastanawialiśmy się nad tym, jak na ten film zareagują fani komiksu, widzowie czy sponsorzy i producenci zabawek. Ważny był dla nas tylko i wyłącznie efekt artystyczny – mówi lata później Daniel Waters, jeden ze scenarzystów Powrotu Batmana. I przyznaje: Widziałem ten film w kinie wielokrotnie. Po skończonym seansie, kiedy zapalały się światła, dzieciaki płakały, a pozostali widzowie wyglądali tak, jakby ktoś ich kopnął w brzuch.

Drugi scenarzysta, Sam Hamm, dodaje: Sam film nigdy nie miał być skierowany do dziecięcej publiczności. Chyba został błędnie odebrany.

 

Kto zabił Batmana?

W wyniku niejednoznacznego odbioru drugiej części kinowej sagi, zrzucenie Tima Burtona ze stołka reżysera trzeciej części było tylko kwestią czasu. Studio Warner Bros. postanowiło dać pieniądze na film bezpieczniejszy i bardziej „childfriendly”, jako reżysera zatrudniając Joela Schumachera, odpowiadającego m.in. za pamiętny Upadek z Michaelem Douglasem. Moją rolą było zmienić wszystko, co tylko się dało – powiedział po latach Schumacher i rzeczywiście: wolta stylistyczna była totalna. Powstał obraz bliższy serialowi z lat 60. niż ponurej wizji Burtona. Batman Forever, bo o nim mowa, sprzedał się w roku 1995 znakomicie.

Jego sukcesu dopatrywać się można, po pierwsze, w przebojowym soundtracku (pamiętacie, jakim hitem było Hold Me, Thrill Me, Kiss Me, Kill Me U2?). Po drugie, w nie mniej efektownej obsadzie. Michaela Keatona zastąpił Val Kilmer, a w pozostałych rolach zobaczyć można było m.in. naczelną seksbombę Hollywood – Nicole Kidman – oraz Jima Carreya, który w tamtym okresie był na absolutnym topie po sukcesach Maski, Głupiego i głupszego czy Ace’a Ventury.

Po trzecie: zupełnie odmieniono design, od scenografii po kostiumy. Tym samym, Gotham nie wygląda już ponuro, mieni się wszystkimi kolorami tęczy: od błękitu przez róż aż po wszechobecną zieleń. W kwestii strojów zrezygnowano z przedwojennego sznytu – prochowców, kapeluszy i ciemnych odcieni. Zamiast tego dostajemy wściekle zielony uniform, w którym błaznuje Carrey, i różową jak landrynka połowę twarzy Tommy’ego Lee Jonesa.

Krytyka przyjęła film Schumachera chłodno, ale zyski ze sprzedaży biletów i gadżetów związanych z obrazem okazały się więcej niż zadowalające. Studio poszło więc za ciosem i wyprodukowało kolejną część… z której nabijali się nawet aktorzy wcielający się w główne role. Batman i Robin to jazda bez trzymanki, cukierkowo barwna wizja z głupawo dowcipkującymi bohaterami, pretensjonalnym scenariuszem i gumowymi bat-sutkami. Jeśli dodamy do tego kreskówkową konwencję i koszmarnie głupie dialogi włożone w usta George’a Clooneya, Arnolda Schwarzeneggera i Umy Thurman, otrzymamy obraz uznawany dziś za jeden z najgorszych wysokobudżetowców w dziejach kina. Twórcom do gardeł rzucili się wszyscy: fani komiksów, fani poprzednich filmów i, rzecz jasna, krytycy (jedną z niewielu pozytywnych recenzji zamieścił na łamach „Polityki” Zygmunt Kałużyński, wystawiając filmowi maksymalną notę).

Porażka finansowa sprawiła, że Batman na długie lata zniknął z kinowych ekranów. Fani komiksu ukuli powiedzonko: Joel Schumacher najpierw zabił Batmana swoim pierwszym filmem, a potem zgwałcił zwłoki drugim.

 

Batman animowany

Podczas gdy w kinach Batman zaliczał wzloty i upadki, telewizja wyprodukowała wiele seriali i filmów animowanych osadzonych w Gotham City. Choć animowany Batman pojawiał się już w latach 70. w serialu Superfriends u boku Supermana, Wonder Woman, Aquamana, a nawet psa wabiącego się Wonderdog, to pierwszą własną kreskówkę otrzymał na początku lat 90. Serial Batman: The Animated Series, bo o nim mowa, do dziś stanowi wzór do naśladowania dla wielu twórców produkcji dla dzieci. Po pierwsze: był odważny, mroczny, utrzymany w stylistyce noir. Po drugie: poruszał tematy z reguły omijane szerokim łukiem przez tego typu produkcje. Był poważniejszy niż pozostała część oferty skierowanej do najmłodszych. Tym samym serial dorobił się fanów nie tylko wśród dzieci.

W przeciągu kolejnych lat powstało wiele innych animowanych produkcji, a każda z nich odczytywała uniwersum po swojemu. Przywołać tu warto zwłaszcza Batman Beyond (w Polsce emitowany pod tytułem Batman – 20 lat później), będący niejako kontynuacją Batman: The Animated Series. Rozgrywa się on w cyberpunkowym Gotham przyszłości – futurystycznej metropolii pełnej przestępców wszelkiej maści. Bruce Wayne to siwy, poruszający się o lasce staruszek, a jego kamerdyner Alfred od dawna nie żyje. Podobnie zresztą jak Joker, który został śmiertelnie postrzelony podczas jednego z pojedynków z Batmanem. Znów mieliśmy tu do czynienia z produktem poważniejszym niż można by się było spodziewać po serialu emitowanym w pasmach dziecięcych.

Animowany Batman jest świetnym przykładem tego, na jak wiele sposobów można odczytywać mit Człowieka-Nietoperza. Po „jasnej” stronie mamy seriale przeznaczone dla widowni dziecięcej, mocno czerpiące z estetyki komiksów z lat 60. (Batman: Odważni i Bezwzględni czy powstający właśnie Beware the Batman). Po przeciwnej: serie bardziej mroczne, przeznaczone nie tylko dla dzieci, ale też dla dojrzalszego widza (wspomniane Batman: TAS i Batman – 20 lat później). Mamy tu pełnometrażowe filmy animowane będące mniej lub bardziej wiernymi adaptacjami słynnych komiksów (Batman: Rok Pierwszy czy dwuczęściowy Batman: The Dark Knight Returns – oba stworzone na podstawie albumów Franka Millera, autora Sin City czy 300), które nierzadko zaskakują swoją brutalnością (np. w Batman: w cieniu Czerwonego Kaptura Joker torturuje Robina, tłukąc go do krwi łomem).

Mamy też dalekowschodnie reinterpretacje. W 2008 roku Batmana na warsztat wzięli jedni z najsłynniejszych współczesnych twórców anime ze studiów filmowych takich, jak: 4°C, (odpowiedzialne np. za film Steamboy), Madhouse (Tokyo Godfathers) czy Production I.G (serial Ghost in the Shell: Stand Alone Complex). Tym samym powstał mini-serial pt. Batman: Rycerz Gotham. Za scenariusze każdego z sześciu odcinków odpowiedzialni byli amerykańscy pisarze z Hollywood i wydawnictwa DC. Od strony plastycznej z kolei Batman: Rycerz Gotham to bardzo japońska produkcja. Mimo że każdy z epizodów zrealizowany jest w odmienny sposób, wszystkie łączy jeden wspólny mianownik. Jest nim charakterystyczna japońska wrażliwość, którą da się zauważyć zarówno w kresce, jak i w designie postaci, a także w specyficznym sposobie animowania.

Batman: Rycerz Gotham to zresztą nie ostatni tego typu eksperyment. Chińskie studio Wolf Smoke stworzyło w ostatnich tygodniach krótką animację z cyklu DC Nation. Kilkuminutowy filmik nosi tytuł Bat Man of Shanghai i rozgrywa się w 1930 roku, oczywiście w Państwie Środka. Ta dynamicznie zanimowana i wypełniona wschodnimi sztukami walki oraz elementami chińskiego folkloru krótkometrażówka jest kolejnym dowodem na to, że  postaci znane z kartek komiksu o Batmanie można umieścić w dowolnym otoczeniu. I efekt będzie fascynujący.

Zresztą, seria DC Nation przeznaczona dla telewizji Cartoon Network, nieraz bawiła się postaciami znanymi z Gotham City. Swoją wizję Batmana, Robina, Jokera i Catwoman przedstawiło w tym roku także studio Aardman, odpowiedzialne za słynną serię kreskówek Wallace i Gromit. Brytyjczycy zrobili to oczywiście po swojemu: wyprodukowali uroczą, plastelinową animację poklatkową, w której ikonom komiksów wydawnictwa DC głosu użyczają… małe dzieci.

 

Clint Eastwood na Batmana

Powróćmy jednak do wizji aktorskich. Niesławny Batman i Robin okazał się tak wielką porażką, zarówno finansową, jak i artystyczną, że Joel Schumacher za nią… przeprosił! Przepraszam wszystkich tych, którzy pokochali „Batman Forever” i poszli na kolejną część z wielkimi oczekiwaniami. Nie chciałem ich zawieść, chciałem tylko dać im rozrywkę – powiedział po latach reżyser Upadku.

Schumacher nie został jednak odsunięty od sagi od razu po porażce Batmana i Robina. Z początku to właśnie jego studio Warner Bros. typowało jako reżysera piątej części, nazwanej roboczo Batman Triumphant. W roku 1998 w wywiadzie dla „Variety” Schumacher mówił o odkupieniu win: Swoim ostatnim filmem zawiodłem wielu starych fanów Batmana, tworząc film przesadnie familijny. […] Hardkorowym fanom winien jestem taki obraz, jakiego oczekują. W tym samym roku, w wywiadzie dla E! Online reżyser dodał: Chciałbym go zrobić skromniej, za mniejsze pieniądze, z mniejszą liczbą przeciwników i w duchu starych komiksów.

Jako inspirację reżyser podał kultowy album napisany przez Franka Millera, a narysowany przez Davida Muzzucchellego – Batman: Rok pierwszy (Batman: Year One). Autor komiksu postanowił opowiedzieć na nowo historię pierwszego roku działalności superbohatera. Narratorem jest tu James Gordon – jeszcze jako młody porucznik policji, świeżo przybyły do skorumpowanego do szpiku kości Gotham. Rok pierwszy to ponura, pesymistyczna wizja skierowana zdecydowanie do dorosłego czytelnika. Tym samym, kinowa historia Człowieka-Nietoperza znów miała dokonać klimatycznej wolty.

Plotek na temat Batman Triumphant (znanego też pod roboczą nazwą Dark Knight) było mnóstwo. Dotyczyły one przede wszystkim obsady. Sporo namieszał Jack Nicholson, który podczas jednej z konferencji prasowych zapowiedział… swój powrót w roli Jokera. Inne plotki mówiły o obsadzeniu Madonny w roli Harley Quinn – szalonej dziewczyny klauna. Do roli głównego przeciwnika Batmana – Stracha na Wróble – media typowały Jeffa Goldbluma, Johna Travoltę, Foresta Withakera, a nawet satyryka i prezentera Howarda Sterna. Niektóre z plotek były tak absurdalne, że dementowali je sami twórcy. Przykładem może być wieść o ubraniu Kurta Russela w kostium Batmana: Zapomnij. Jak on może być Batmanem? Przecież jest w moim wieku – mógłby być co najwyżej ojcem Batmana, ale nie Batmanem – mówił pod koniec lat 90. producent Jon Peters.

Plotkowano i do dziś plotkuje się o samej fabule. Historia miała być nie tylko mroczna, ale i brutalna: planowano ponoć uśmiercenie Alfreda i Robina, a także uszkodzenie kręgosłupa i paraliż Barbary Wilson, czyli Batgirl. Producenci odsunęli jednak od realizacji projektu Schumachera i zaproponowali realizację młodemu, 30-letniemu Darrenowi Aronofsky’emu, któremu sławę przyniósł głośny obraz Pi: Gotham City miało zagrać Tokio, a Batmana – Clint Eastwood. To przykuło uwagę producentów – śmiał się po latach Aronofsky.

Aronofsky zamierzał stworzyć naprawdę odważną i radykalną ekranizację Roku pierwszego. Po pierwsze: chciał, by obraz miał kategorię wiekową „R”, czyli „tylko dla dorosłych”. Młody reżyser zaangażował do współpracy autora komiksowego pierwowzoru, Franka Millera (ponoć słynne albumy z serii Sin City miały olbrzymi wpływ na film Pi). Przy pisaniu scenariusza panowie coraz bardziej odbiegali od kanonu i coraz lepiej się bawili. Gordon byłby trochę jak Serpico, a Batman – jak Travis Bickle z „Taksówkarza” – mówi dziś Aronofsky. I dodaje, że kolejnymi punktami odniesienia dla historii były klasyki pokroju Francuskiego łącznika czy Życzenia śmierci.

W Roku pierwszym Aronofsky’ego Bruce Wayne nie zaczyna jako dziedzic fortuny Wayne’ów. Po śmierci rodziców ucieka na ulicę, gdzie przygarnia go do pracy w warsztacie samochodowym niejaki „Big Al”. Tam młody Wayne obserwuje półświatek pełen zbrodni, skorumpowanych policjantów i alfonsów terroryzujących swoje prostytutki (jedna z nich to Selina Kyle, czyli Catwoman, tutaj znana pod sadomasochistycznym pseudonimem „Mistress Selina”).

Pierwszym zwrotem akcji w filmowym Roku pierwszym było przypadkowe zabicie skorumpowanego gliniarza. Po ucieczce z miejsca zdarzenia, Bruce zdaje sobie sprawę z tego, że nie może działać z odsłoniętą twarzą. Dlatego kupuje pierwszą wersję „kostiumu” – pelerynę i… maskę hokejową – dokładnie taką, w jakiej mordował Jason w serii horrorów Piątek 13-go. W międzyczasie kostium Wayne’a ewoluowałby w coś bardziej zbliżonego do tego, co znamy z komiksów, choć każdy z gadżetów byłby wykonany w domowych warunkach. Także Batmobil – stałby się nim czarny Lincoln Continental z przyciemnionymi szybami i silnikiem od autobusu.

Aronofsky wpadał na coraz odważniejsze pomysły, np. by film nakręcić za bardzo niewielkie pieniądze, na taśmie 16-milimetrowej. Studio Warner Bros. w pewnym momencie powiedziało: dość. Nakręcenie hermetycznego Batmana tylko dla dorosłych, odcinającego się zupełnie od widowni dziecięcej oznaczałoby rezygnację ze sprzedaży licencji producentom zabawek. A to najwyraźniej za bardzo przypominało producentom o Powrocie Batmana Tima Burtona. Projekt zarzucono. Rokiem pierwszym zainteresowani byli jeszcze bracia Wachowscy, ale wybrali stworzenie dwóch kolejnych części Matriksa. Z kolei Wolfgang Petersen był bardzo bliski zrealizowania filmu Batman vs. Superman, w którym Wayne spotkałby nie tylko Człowieka ze Stali, ale też Jokera czy Leksa Luthora. Ostatecznie niemiecki reżyser wziął się za Troję, w wyniku czego Mroczny Rycerz znów nie trafił na ekrany.

Batman miał więc na przełomie wieków wyjątkowego pecha do kolejnych ekranizacji. Producenci nie planowali jednak zerwać z postacią, na której kinowych przygodach zarobili ponad miliard dolarów w przeciągu 8 lat. Tym samym, w roku 2003, podjęto decyzję, by reżyserię kolejnego obrazu oddać w ręce…

 

Batman współczesny

…młodego, nieco ekscentrycznego Brytyjczyka – Christophera Nolana. Dla reżysera, znanego przede wszystkim z kultowego Memento, miała to być pierwsza produkcja wysokobudżetowa. I ten budżet widać nie tylko w efektach specjalnych i pirotechnice, ale też w obsadzie: Gary Oldman, Michael Caine, Morgan Freeman, Liam Neeson, a w roli Batmana Christian Bale. Batman – Początek (2005) nie odnosił się fabularnie do filmów Burtona czy Schumachera. Był rebootem – serię rozpoczęto więc od nowa, raz jeszcze opowiadając o początkach działalności Batmana, morderstwie rodziców Wayne’a, itd. Nolan w swojej wizji zrezygnował zarówno z burtonowskiej groteski, jak i z schumacherowskiego kiczu. Jego Gotham stylizowane jest na współczesne miasto, możliwie najbardziej realistyczne. Wciąż czuć tutaj ducha Roku pierwszego Millera, choć komiks ten nie był podstawą dla scenariusza, a raczej jego inspiracją.

Podejście Nolana do ekranizowanego materiału różni się znacząco od wizji wcześniejszych reżyserów. Po pierwsze, Nolan nie dystansuje się od opowiadanej historii. Zamiast mrugać znacząco do widza okiem, mówiąc: „Hej! To film o facecie w kostiumie nietoperza!”, zadaje pytanie: co by było, gdyby ktoś taki jak Batman istniał w naszym świecie? Tym samym reżyser stara się ograniczać wszelkie niedomówienia, typowe dla innych filmów komiksowych – tłumaczy działanie gadżetów Batmana, a także jego motywację do wkładania rogatej maski. Wchodzi w psychikę Wayne’a na tyle mocno, na ile może sobie na to pozwolić w dwugodzinnym, letnim blockbusterze. Ponadto: Batman – Początek, a także jego kontynuacja Mroczny Rycerz (2008) to filmy, które skupiają się na tytułowym bohaterze, a nie na jego oponentach, jak w poprzednich filmach.

 

Nazista, ksiądz czy wampir, czyli co dalej z Batmanem?

Za kilka dni polską premierę będzie miała trzecia, ponoć ostatnia część cyklu Nolana, zatytułowana Mroczny Rycerz Powstaje. Mimo że to już siódmy film o Batmanie w ostatnim ćwierćwieczu, wielu krytyków i widzów uważa, że jest to najważniejsza hollywoodzka premiera roku. Co sprawia, że historia Człowieka-Nietoperza wciąż działa z taką siłą i wywiera ogromny wpływ na popkulturę? Co sprawia, że Mroczny Rycerz nie nudzi się widzom i czytelnikom od ponad siedemdziesięciu lat, podczas gdy dziesiątki młodszych od niego superherosów dawno i prawdopodobnie bezpowrotnie zapomniano?

Jedną z odpowiedzi jest właśnie elastyczność uniwersum Batmana. Kolejni twórcy pozwalają sobie na mniej lub bardziej odważne reintepretacje, każdy odczytuje mit Człowieka-Nietoperza po swojemu. Dzieje się tak nie tylko w kinie, scenarzyści komiksowi serwują czytelnikom wielokrotnie bardziej odjechane pomysły niż filmowcy. Robili już z Batmana nazistę, wampira, kowboja, pirata i antypaństwowego anarchistę walczącego z reżimem w Związku Radzieckim. Wysyłali Bruce’a Wayne’a w czasy prehistoryczne, sadzali go na wózku inwalidzkim, zakładali koloratkę. Mroczny Rycerz tropił Kubę Rozpruwacza w XIX-wiecznym Londynie i walczył z Cthulhu znanym z prozy H.P. Lovecrafta. Filmowcy nie wykorzystali więc jeszcze potencjału tkwiącego w opowieściach umiejscowionych w Gotham.

Hollywood nie zrezygnuje z Mrocznego Rycerza. Po zakończeniu trylogii Nolana, za kamerą stanie kolejny reżyser. W jaki sposób zabawi się Batmanem? Z pewnością dowiemy się już niedługo.

___________________________________

Przy tworzeniu powyższego tekstu korzystałem z książki Tales from Development Hell: The Greatest Movies Never Made? Davida Hughesa, a także z filmów: The Bat, the Cat and the Penguin Johna Pattysona i Mike’a Meadowsa, The History of Batman Jasona Hillhouse’a, Batman Unmasked: The Psychology of the Dark Knight kanału History Channel, SecretOrigin: The Story of DC Comics Maca Cartera, a także z materiałów z cyklu Shadows of the Bat, umieszczonych na międzynarodowych wydaniach DVD pierwszej hollywoodzkiej kwadrylogii o Batmanie.

Bartek Przybyszewski

Bartek Przybyszewski

(ur. 1987) – wchłania sporo popkultury, przede wszystkim w postaci komiksów (głównie europejskich), filmów (głównie amerykańskich) i płyt (głównie niepolskich). W wolnych chwilach pisze i rysuje komiksy. Admin fanpage’a Bardzo złe filmy. Parę lat temu zrobił licencjat z andragogiki i nie chce mu się robić magistra.