Serce serduszko_Marta Kubiczek
RECENZJE | 08.12.2014

Bajka według Jana Jakuba Kolskiego („Serce, serduszko”)

Czy ktoś jeszcze pamięta, jak to jest patrzeć na świat z perspektywy metra czterdziestu? Gdy wszystko wydaje się zabawnie dziwne i ciekawe, a dorośli to biedni ludzie gubiący się w swoich niezrozumiałych problemach? Ja też nie pamiętam, ale jest w polskiej kinematografii taki reżyser, który konsekwentnie wraca do tego czasu. Nakłada na kamerę „dziecięcy filtr” i opowiada bajki na podstawie sytuacji, które mogły zdarzyć się naprawdę. Balansując na granicy infantylności, nadaje inny, specyficzny kształt rzeczywistości, która choć znajduje się tuż obok nas, widzów, wydaje się wyjęta prosto z baśni Andersena czy powieści Frances H. Burnett.

Serce serduszko, najnowszy film Jana Jakuba Kolskiego, bazuje na bardzo prostej, żeby nie powiedzieć banalnej, historii. Maszeńka (debiut Marysi Blandzi) to mała, rezolutna dziewczynka, osierocona przez zmarłą tragicznie matkę i opuszczona przez pijącego z żalu ojca (Marcin Dorociński), który choć kocha swoją jedyną córkę, nie potrafi odnaleźć się w życiu, tym bardziej w roli odpowiedzialnego rodzica. Poznajemy ją w domu dziecka na bieszczadzkiej prowincji. Wydawać by się mogło – historia jedna z wielu, idealna, by zastosować do niej kategorię taniego chwytu fabularnego (znane, powielane, obecne). Jednakże specyfika filmów Kolskiego polega właśnie na tym, aby z powszedniej szarości wydobyć to, co wydaje się niemożliwe do ubarwienia, i zaczarować widza małymi, magicznymi sztuczkami.

Właśnie w tym celu w Serce, serduszko pojawia się postać Korduli grana przez Julię Kijowską (mam niezwykłą słabość do wielu kreacji tej aktorki, więc daruję sobie zbędne peany). Mroczna, ekscentryczna i buntownicza, ubrana w ciuchy będące miksem kolorów i subkultur Kordula (tak, to imię – niepozbawione oczywiście znaczeń), której cała postać krzyczy o braku pogodzenia się ze światem i zagubieniu, przyjeżdża PKS-em w Bieszczady. Patrząc na wszystkich spode łba, z braku innych perspektyw jest zmuszona podjąć pracę w lokalnym domu dziecka, w którym spotyka bezpośrednią i bezczelną dziewczynkę, marzącą o karierze primabaleriny – Maszeńkę. Choć widz od początku wie, że ten duet ma przed sobą szczęśliwą przyszłość, daje się wciągnąć w perypetie dziewczyn, udając zaskoczenie w przewidywalnych momentach i pociągając nosem ze wzruszenia tam, gdzie reżyser zaplanował chwilę dla łez.

Nadrzędnym celem dziewczynki, będącym przy okazji punktem kulminacyjnym fabuły, jest egzamin do szkoły baletowej w Gdańsku, do którego pozostało raptem kilka dni. Maszeńka ucieka z państwowej placówki do rodzinnego domu, aby w ekspresowym tempie wyciągnąć ojca z wypełnionej alkoholem codzienności i spełnić swoje taneczne marzenia. Podąża za nią Kordula, która (chcąc nie chcąc) powoli daje się wciągnąć w dziecięcy, zdecydowanie prostszy świat. Niestety pierwsza część ambitnego planu dziewczynki kończy się fiaskiem – ojciec, choć kochający i budzący sympatię, nie potrafi podjąć rzuconego wyzwania bez przyjaznej mu flaszki. No ale przecież historia nie może być aż taka prosta i pozbawiona przeszkód. Na szczęście jest Kordula, której w życiu zbyt wiele spraw nie wyszło, aby pozwolić Maszeńce na tak wczesne rozczarowanie światem (sama zna je z autopsji). Tym samym, nieustannie uciekając przed depczącą po piętach policją (bo przecież mamy za sobą brawurową ucieczkę), Kordula i Maszeńka pędzą autostopem do Gdańska, przeżywając kilka przygód skutkujących wewnętrzną przemianą. Choć cała wycieczka może schematem przypominać kultową Podróż za jeden uśmiech Adama Bahdaja, to jej esencja tkwi oczywiście nieco głębiej, w oderwaniu od pełnych humoru perypetii i wartkiej akcji.

Historia nie kończy się tak jednoznacznie, jak można by się było spodziewać, choć happy end wydaje się coraz bardziej prawdopodobny w miarę rozwoju fabuły. Zdradzę jedynie, że nieodpowiedzialny ojciec Maszeńki stawia czoła wyzwaniu, bierze się w garść i wraz z kurczakiem Sraluchem (sic!) postanawia odnaleźć córkę i pojechać z nią na upragniony egzamin. Dzięki takiemu obrotowi spraw Dorociński, grający do tej pory postaci dramatyczne (Róża, Miłość itp.) lub zanurzonych w historii twardzieli (Jack Strong, Obława), budzi sympatię w roli kochającego, ale bezradnego i zdominowanego przez alkohol ojca. Muszę przyznać, że to miła odmiana, bo choć uważam go za świetnego aktora, powoli zaczynałam odczuwać zmęczenie wtórnością jego kreacji.

Dużym zaskoczeniem był również Borys Szyc – niesztampowy i równie ekscentryczny jak Kordula ksiądz Pietryga – który w filmie Kolskiego przypomina siebie z dobrych, starych czasów, sprzed „celebryctwa” i udziału w najbardziej żenujących polskich produkcjach. Mam nadzieję, że to aktorskie zmartwychwstanie nie jest zdarzeniem jednorazowym. Fantastycznie aktorsko sprawdzili się także Gabriela Muskała (jako zakręcona weterynarz, poświęcająca swojej pracy całe serce), Franciszek Pieczka, czyli muza reżysera (w roli Droselmajera – staruszka otoczonego teatralnymi lalkami) oraz Maja Komorowska w świetnej kreacji podstarzałej, słynnej primabaleriny, Madame Lisieckiej (cudowna scena nauki tańca, a raczej odnajdywania pasji i miłości do baletu pod osłoną nocy – mam wrażenie, że ten epizod w karierze Komorowskiej będzie perełką w jej bogatym dorobku artystycznym).

Serce, serduszko Jana Jakuba Kolskiego opiera się na znanym już z jego twórczości schemacie – do bólu przypomina Jasminum z 2006 roku. Narracja prowadzona z perspektywy dziecka, dostrzegającego w poszarzałym świecie wiele niezwykłych rzeczy, prowadzącego dorosłych za rękę i zmieniającego ich w szczęśliwych i beztroskich ludzi to zdecydowanie znak rozpoznawczy reżysera. A wszystko to ubrane w piękne i swojskie krajobrazy małych miasteczek, w których pozornie panują spokój i nuda, a jednak dzieje się tak wiele. Tak naprawdę w swoim najnowszym filmie Kolski konsekwentnie utrwala konstrukcje, które stosował już we wcześniejszych dziełach i trzeba przyznać, że tym samym utrzymuje status oryginalnego i niemożliwego do podrobienia reżysera. Bazując na rzeczywistości, mieszając dobry humor i dziecięcą naiwność z subtelnie zarysowanymi ludzkimi dramatami, czyni ze swoich filmów bajki, które lekkością i nienachalnym wartościowaniem dają możliwość nie tylko oderwania się od codzienności, ale także dostrzeżenia w niej czegoś więcej. Tak, to wszystko mogłoby się nie powieść przez wzgląd na niebezpieczną bliskość z tym, co infantylne i banalne, gdyby nie fakt, że jest idealnie wyważone i subtelne. Dlatego udane.

Mam wrażenie, że filmy Kolskiego są doskonałą alternatywą dla wyjątkowo nieudanych komedii romantycznych, tworzonych w Polsce na potrzeby różnych świąt (Bożego Narodzenia czy Walentynek). Serce, serduszko to dobre, refleksyjne i zabawne kino familijne (i to absolutnie nie w pejoratywnym znaczeniu) z doskonałą obsadą. Mogłoby z powodzeniem zastąpić wszystkie oklepane filmy o komediowym nachyleniu. Może wtedy nasza kinematografia zyskałaby na klasie, a z całą pewnością uniknęłaby kompromitujących porażek.