coetzee
RECENZJE | 15.04.2013

Autystyczny Jezus i dramat nowego życia (J.M. Coetzee „Dzieciństwo Jezusa”)

Sięgając po Dzieciństwo Jezusa, miałam wyraźne oczekiwania. Bezwiednie założyłam, że skoro podejmuje się temat stricte religijny i moralny, na pewno dojdzie do skonfrontowania opozycyjnych zdań i wyklarowania oceny, do deklaracji wiary lub jej braku. A potem sobie uświadomiłam, że czytam książkę autora snującego niekończące się dialogi – wewnętrzne, trawiące bohaterów, i te rozpisane na kilka postaci. Dialogi nie tylko nierozwiązane, ale, jak być może sugeruje autor, nierozwiązywalne. Nigdy przecież nie pada żadna odpowiedź, a jeżeli już pada, to jest bardzo dobrze zakodowana. Ta subtelność i powściągliwość przyprawia niekiedy o dreszcze: kiedy połączymy celność słów i ciężar, jaki ze sobą niosą, z brakiem jasno postawionych odpowiedzi, wprawieni jesteśmy w czytelniczy niepokój, rozedrganie, które niepodobna zapomnieć, przemilczeć czy pominąć.

BIAŁE PLAMY        

Jednym z najciekawszych wymiarów Dzieciństwa Jezusa jest świat przedstawiony powieści. Czytelnik nie wie, jak historia się zaczyna, cały początek skąpany jest w niezmąconej mgle tajemnicy i domysłu, trudno powiedzieć, skąd przychodzą bohaterowie i dlaczego właściwie przychodzą. To frapująca i charakterystyczna cecha prozy Coetzeego – te wszystkie momenty przejścia, przekroczenia, te bramy i punkty graniczne (Elizabeth Costello), nowe początki i oddzielanie się od starego (Hańba). Co właściwie oznacza u Coetzeego owa graniczność? Czy to po prostu sytuacja przejścia, czy przejście totalne, transcendentalne? Odpowiedź, jak każda odpowiedź w tej literaturze, jest zawieszona. Prostota paraboli kryje za sobą niuanse realizmu. Kiedy połączymy te dwie sfery – symboliczną, głęboką, wieloznaczną, wręcz filozoficzną z realną, namacalną, organiczną, na wskroś ludzką – otrzymujemy świat niepokojący i pociągający, zaskakująco bliski i pozaziemski jednocześnie.

Ta tajemniczość wydaje się jak najbardziej uzasadniona. Okoliczności pojawienia się na świecie Syna Bożego same w sobie zastanawiają (niepokalane poczęcie?). Przestrzeń powieści jest odrealniona i otoczona  zastanawiającą nieokreślonością, co jest rozwiązaniem twórczymi i budzącym liczne domysły. Przeszłość bohaterów zakrywają białe plamy – to niedostępne historie, rodzące liczne możliwe wersje, klarujące rozmaite odpowiedzi. Przypłynięcie do nowego świata można uznać – biblijnie – za symboliczne przejście rozumiane w kategoriach transcendentalnych, między światowych. Ale można historię odczytać dosłownie: oto przesiedleńcy przemieszczają się z obozu w Belstar do miasta Novilla. Przechodząc przez  centrum przesiedlania dla nowoprzybyłych, bohaterowie znajdują lokum i pracę, zaczynają swoje życie od nowa. Mają zapomnieć o przeszłości.

ODWRÓCENIE

Już na samym początku Coetzee odwraca porządek. Pojawia się tylko David (dziecko – Jezus) i Simón (mężczyzna, który się nim chwilowo opiekuje, do czasu znalezienia matki – Józef). Wiedza o nieobecnej matce jest wyjątkowo mglista (jak cała wiedza o początku, o tajemniczym miejscu, z którego wszyscy przybywają). A przecież z rodzicielskiej dwójki to ona jest kluczowa i niezbędna, przynajmniej w klasycznym rozumieniu rodziny, a także w ujęciu świętej rodziny, w której ojcem zastępczym jest Józef. Tu pojawia się pytanie, czy w istocie matka jest najważniejsza jako dawczyni życia. Simón zauważa: […] nie wątpię, że jest prawdziwą matką chłopca. […] Mam tylko nadzieję, że będzie dla niego dobra. Kobieta zasadniczo nie okazuje się dobrą matką, jest histeryczna, nadopiekuńcza, rozpieszcza dziecko i traktuje je jak niemowlę. Rysuje przed nami bardzo specyficzną i nieszablonową wizję macierzyństwa. Z pomocą tej postaci autor podważa wagę biologicznego wymiaru rodzicielstwa i wyższości matki nad ojcem. Zastanawia się, czy ostatecznym czynnikiem decydującym o wartości rodzica nie jest po prostu zaangażowanie i miłość, a biologiczne i społeczne wymiary rodziny odsuwają się wtedy na dalszy plan.

Czytelnik poznaje historię z perspektywy Simóna, który nie jest co prawda narratorem, ale to jego punktowi widzenia w dużej mierze podporządkowana jest opowieść. To mężczyzna w sile wieku (około 45 lat), pełnokrwisty, namiętny bohater, silny psychicznie, przygotowany do wykonania zadania, które sobie postawił (znalezienie matki Davida), ale równocześnie angażujący się emocjonalnie i intelektualnie we wszystkie podejmowane działania. Czasami zdaje się, że jest jedynym żywym człowiekiem w wymarłej Novilli. Wciąż niezaspokojony, w różnych znaczeniach tego słowa. Po pierwsze – fizycznie. Simón nie może poradzić sobie z samotnością i nie chcę się na nią godzić. Usilnie stara się dotrzeć do kobiety, zrozumieć ją, jej oziębłość i jej potencjalną, skrywaną namiętność. W jego pamięci ciągle żywe pozostaje wspomnienie minionych namiętności. Po drugie – intelektualnie. Niestrudzenie dąży do zgłębiania istoty rzeczy i mimo oporów rozmówców poszukuje wyższej zasady, jedynej księgi: Chciałbym, żeby ktoś, jakiś zbawca, zstąpił z nieba, skinął magiczną różdżką i powiedział: oto księga, przeczytaj ją, a otrzymasz odpowiedź na wszystkie swoje pytania”. Bohater z góry skazany jest na niezrozumienie otoczenia. ale to właśnie do niego zbliżamy się najbardziej, obdarzając zaufaniem i towarzysząc od początku do końca opowieści.

W istocie jednak wszyscy znamy koleje tej historii, w której centralną postacią nie jest ojczym Dziecka – w centrum opowieści stoi właśnie ono. Figura dziecka – uosabia nieskrępowanie, swobodę, narodziny kształtującego się, żywego i chłonnego umysłu, a zarazem siedlisko silnych, często sprzecznych, utajonych i niepokojących emocji. Od pierwszej do ostatniej strony David bardzo się zmienia, ale my tę zmianę widzimy tylko częściowo, tak naprawdę o jego tajemniczym, mrocznym umyśle wiemy bardzo niewiele. Na początku jest uroczym dzieckiem – ciekawskim i zwracającym uwagę swoją inteligencją i energią. Z biegiem czasu staje się niepokorny, co zastanawia, bo przecież pokora jest jedną z największych cnót chrześcijańskich. Jest buntownikiem, jego geniusz i proroctwo objawiają się w nieposłuszeństwie i nieprzystawalności do społeczeństwa. Jego chęć uzdrawiania i ratowania istot jest jak dziecięcy kaprys. Kiedy umiera ukochany przyjaciel chłopca – koń, którego figura rymuje się ze snem Raskolnikowa – David wykrzykuje: Ja go uratuję! Chcę, żeby żył!. Dla otoczenia to tylko dziecięce wymysły i nic nie znaczące fanaberie. Chłopiec zdaje się nieprzewidywalny i rozkapryszony, a jednak w tym rozkapryszeniu tkwi metoda – wynika ono z niezachwianej pewności proroka.

DAWNE I NOWE ŻYCIE

Nie! Nie chcę dawnego życia, chcę, żeby było nowe życie!

Motyw „nowego życia”, natrętnie powracający w tekście, nie wydaje się tym, czym jest w Biblii, ani tym, w co bohaterowie chcą wierzyć. W tej opowieści „nowe życie” niesie za sobą łatwość odrzucania dawnego, utratę tożsamości, ucieczkę przed rzeczywistością, zanegowanie faktu przeszłości, historyczności, linearności. Nowe życie jest swoistą obsesją bohaterów. Większość trzyma się go jak jedynej świętości, wypierając się tego, co było wcześniej. To chyba jedyny sposób, by o zdrowych zmysłach przetrwać w Novilli – proste, wręcz prymitywne i pozbawione najmniejszych chociaż namiętności życie mieszkańców kręci się właśnie wokół owej zasady nowości, czystości. To, co wyróżnia Simóna, to właśnie niemożność zapomnienia, wyparcia się. Zdaje się szarpać między tym, co pamięta, co wspomina, a tym, czego właśnie doświadcza. Czyni go to jedyną prawdziwie ludzką postacią tej powieści. Inni wciąż przypominają mu, że jest już niemłody, że powinien godzić się z otaczającą go rzeczywistością,

Coetzee silnie zarysowuje problem barier językowych. Bohaterowie używają języka hiszpańskiego, niebędącego ich rodzimym językiem, z którym dzieci radzą sobie dobrze, ale dla dorosłych, na przykład dla Simóna, jest on istotnym ograniczeniem. Problem ten jest poruszony także na bardziej abstrakcyjnym, głębszym poziomie. Dla Davida znaki są niezrozumiałe, alfabet i działania matematyczne nie są jasnymi, spójnymi strukturami, ale rozpadają się w głowie dziecka. Coś, co powinno być oparciem jego myśli i możliwością ich wyrażenia, na poziomie wyobraźni rozpada się i wprawia w niepokój.

David jako dziecko inteligentne szybko uczy się czytać i pisać. Ukrywa jednak ten fakt – chce posługiwać się wymyślonym przez siebie językiem, w pełni wyrażającym jego wewnętrzny głos, wyobrażenia i rozumienie świata. Zapisuje niejasne dla innych znaki i ze stanowczością odmawia posługiwania się powszechnym alfabetem. Oczywiście można to uznać za dziecięcy kaprys (któż jako dziecko nie tworzył własnych języków), ale może to coś więcej – próba manifestowania indywidualizmu i nieskrępowania, wyłamania się z ograniczającej struktury znaków i komunikatów językowych z równoczesnym, bezpowrotnym skazaniem na izolację i niezrozumienie.

Żaden element w prozie Coetzeego nie jest przypadkowy. Podobnie jest z rysunkową, przeznaczoną dla dzieci wersją opowieści o Don Kichocie. Wprowadzając tę postać – jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci w kulturze – autor podejmuje problem nieprzystawalności wyobraźni, wielkości i indywidualizmu jednostki wybitnej/innej/ułomnej do ustrukturalizowanego realnego świata.  Właśnie dzięki „Don Kichotowi” David uczy się czytać, ale książkę rozumie zupełnie inaczej niż powinien, treść przesłaniają filtry jego specyficznej, udramatyzowanej wyobraźni. Z jakiegoś powodu chłopiec decyduję się wciąż wracać do tej historii, co biorąc pod uwagę jego posłannictwo, nie jest przypadkowe.

BEZPŁCIOWY INKWIZYTOR

Czytając Dzieciństwo Jezusa, nie dostajemy spójnej i całościowej narracji. Trudno tu też mówić o biblijnym parabolizmie – opowieść jest pełnokrwista, konkretna, w swej szczerości mówienia o pewnych rzeczach wręcz obrazoburcza (w jednym dialogu zestawiona zostaje istota kupy i istota idei). Z drugiej strony jednak trudno pominąć bagaż kulturowy i symboliczny, jaki z zasady niosą ze sobą postaci Jezusa, Józefa i Maryi. Autor nie stara się wpasowywać we wzorce, nadaje postaciom silnie realistyczny rys (choć paradoksalnie, to realizmu jednemu z bohaterów chorobliwie brakuje!). Osadza ich w konkretnych, brudnych i brutalnych okolicznościach. Poddaje krytyce tak błogosławione w Biblii wzorce, jak na przykład ciężką fizycznie i ekonomicznie, bezsensowną pracę, ale teoretycznie niehańbiącą, bo bliską rzeczy samej w sobie. Coetzee jest przewrotny, nie oszczędza bohaterów – dokonuje licznych odwróceń i przesunięć, ale też subtelnych zmian. Rysuje tym samym intrygującą wizję paruzji zbawiciela do dzisiejszego świata. Daje mu wyobraźnię, namiętność i wolę zbawienia, a następnie wrzuca w bezbarwny, zimny świat ludzi, którzy tego zbawienia wcale nie pragną, bo nie pragną w zasadzie niczego. Bohaterowie przypominają Wielkiego Inkwizytora – odrzucają słowo i zbawienie. Boskie dziecko natrafia na pustkę, chaos jego genialnej wrażliwości zderza się z lodowatą strukturą ludzkiej realności.

 

John Maxwell Coetzee

Dzieciństwo Jezusa

tłum. Mieczysław Godyń

Wydawnictwo Znak

Liczba stron: 302