• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Recenzje | 19.02.2018
Artysta totalnie najgorszy („The Disaster Artist”)
Recenzje | 19.02.2018

Artysta totalnie najgorszy („The Disaster Artist”)

Tommy Wiseau po dziś dzień zapewne żyje w przekonaniu, że jest kolejnym wcieleniem Jamesa Deana – zarówno pod względem wyglądu, jak i talentu – wzbogaconego o charyzmę Marlona Brando oraz kunszt samego Alfreda Hitchcocka. Tylko pozornie brzmi to nierealistycznie i buńczucznie. Kiedy spojrzy się na twórczość, postać i legendę (by nie powiedzieć: mit) samego Wiseau, to określenie go „współczesnym Edem Woodem” jest zaledwie początkiem długiej historii o twórcy najgorszego filmu świata.

Wiseau, człowiek co najmniej ekscentryczny, jest znany szerszej publiczności jako autor kultowego już dzieła The Room, czyli Obywatela Kane’a wśród najgorszych filmów”. Nie jest to jednak określenie krzywdzące. The Room w pełni sobie zasłużył na przywilej pierwszeństwa i wpis do ksiąg pamiątkowych. Produkcja tak zła, że aż doskonała i pod pewnymi względami przełomowa zauroczyła tysiące widzów. Oczywiście znawcy kina klasy Z będą protestować, wyciągając z szaf coraz to gorsze tytuły, jednak popularność narosła wokół tej produkcji sprawiła, iż James Franco zdecydował się na realizację Disaster Artist, filmu w pełni poświęconego właśnie Wiseau i jego pokracznemu tworowi.

Za projektem Franco stoi mnóstwo kontekstów, które tylko częściowo przekładalne są na europejski grunt. Jednym z najważniejszych jest właśnie status, którym od lat cieszy się The Room. Premierze z 2003 roku, kiedy to film zarobił niepełne 2 tysiące dolarów przy budżecie szacowanym rzekomo na około 6 milionów (dokładna kwota do dziś pozostaje tajemnicą), towarzyszyła medialna cisza i brak zainteresowania ze strony widzów. Mimo że Wiseau celował co najmniej w nominację do Oscara, to dopiero z czasem zaczął być dostrzegany przez szersze grono, a The Room stało się klasyką midnight movies. Co tak naprawdę urzekło widzów, którzy z czasem zaczęli przybywać na seanse z plastikowymi łyżeczkami (zgodnie z tajemną zasadą inside joke’ów), by wraz z postaciami z ekranu wypowiadać filmowe dialogi? Cóż, na pewno totalny brak talentu Wiseau i jego artystyczne zadęcie.

The Room nie jest „po prostu złym filmem”. Jest to film wynikający z niczym nieskażonej ignorancji reżysera, skrojony na miarę jego ego przy jednoczesnym braku poszanowania jakichkolwiek reguł filmowego świata. To wyjątkowy przypadek, kiedy wizja wielkości – bo jak sam twórca twierdzi, jest to dramat stworzony na obraz i podobieństwo dzieł Tennesseego Williamsa – spotyka się z realizatorskim fiaskiem. Aktorstwo jest złe, dialogi koszmarne, tło zrobione w CGI rządzi się swoimi prawami, a dziury scenariuszowe to tylko wisienka na torcie tego patchworkowego dzieła. Trudno stwierdzić, co musiałoby się ,,zadziać”, aby ktoś potraktował The Room na poważnie; to jest raczej ten przypadek, kiedy śmiech działa niczym poduszka powietrzna i sprawia, że szmira, jaka nie śniła się krytykom filmowym, staje się najlepszym wyborem na wspólny seans ze znajomymi. W filmie Wiseau dokonuje się to, czego boi się filmowy świat: obraz obliczony na arcydzieło okazuje się wręcz podręcznikowym kiczem, o którym mogłaby pisać Susan Sontag.

Franco mierzy się z legendą The Room bez okrucieństwa, które wydaje się naturalne w tego typu pojedynkach. Na warsztat bierze jednak nie tylko samo dzieło, ale także jego twórcę, postać Wiseau – raczej medialny wizerunek niż rzeczywistego człowieka, o którym nie wiadomo praktycznie nic: skąd pochodzi, ile ma lat, na czym dorobił się tak niewyobrażalnych pieniędzy (chociaż nie można zignorować ostatnich doniesień, jakoby Wiseau pochodził z Poznania i naprawdę nazywał się Tomasz Wieczorkiewicz). Mimo że zapewne wielu oczekiwałoby po Franco jakichkolwiek zabiegów demaskujących, reżyser woli patrzeć na swojego bohatera ze zrozumieniem i czułością. Przy tym w żaden sposób go nie usprawiedliwia ani nie tłumaczy; odtwarza po kolei drogę, jaką Wiseau, wraz ze swoim przyjacielem Gregiem Sestero, przebyli od zajęć aktorskich w San Francisco, przez nieudany start w Los Angeles, kolejne porażki i rozczarowania, aż po idée fixe, jaką stał się zupełnie autorski projekt.

Disaster Artist jest niezwykłym post scriptum do The Room, znacznie bardziej przystępnym niż dokument zrealizowany przez Ricka Harpera, The Room Full of Spoons (którego dystrybucja jest konsekwentnie blokowana przez Wiseau). Jednak co ważniejsze, broni się jako dzieło autonomiczne – jako opowieść o lekko szalonym artyście, który spełnia swoje marzenie za wszelką cenę, a którego zamierzenia kompletnie rozmijają się z efektem końcowym. Film ten jest kolażem gagów towarzyszących kręceniu filmu i wątków komediowych naturalnych dla tak kuriozalnego projektu, niepozbawionych jednak dramatycznego zabarwienia. Wiseau w wizji Franco jawi się nie tylko jako pozbawiony talentu ekscentryk, ale przede wszystkim jako postać niezrozumiana przez innych, niepoprawny marzyciel wyjęty z ram tego, co standardowe, nierozumiejący, dlaczego wszystko potoczyło się tak, a nie inaczej. Bohater tworzy sam siebie na ekranie, minuta po minucie obnaża swoje wnętrze, co budzi zarówno śmiech, jak i konsternację czy wreszcie współczucie. Dla Franco Disaster Artist jest „La La Landem dla najgorszych z najgorszych” i w tym tkwi chyba sedno – nie zrobił on filmu o człowieku tak bogatym, iż stać go na spełnienie swojego wydumanego marzenia, ale film poświęcony nieszczęśliwej, artystycznej duszy, która nie umie wyrazić siebie.

Disaster Artist jest przede wszystkim filmem odpowiednio wyważonym, który świadomie i umiejętnie czerpie z pierwowzoru (dorzucając do tego nie tylko fandom The Room, ale także książkę Sestero). Zresztą Franco pozostaje wierny duchowi The Room także realizacyjnie, przez to, że sam reżyseruje, produkuje i gra główną rolę, a także zaprasza do projektu najbliższych – brata Dave’a, przyjaciela Setha Rogena czy szwagierkę Alison Brie. Powiedzieć, że film ten zarazem bawi i wzrusza, to nie powiedzieć nic. Disaster Artist jest dziełem przewrotnym, zdaniem wielu ocierającym się o doskonałość, a przede wszystkim przesyconym pasją tworzenia – odtwarzającym uczucia towarzyszące realizacji The Room, ale także tworzonym z niemałą radością i namiętnością (patrz chociażby sceny towarzyszące napisom końcowym). Szkoda, że medialno-polityczna sytuacja, w jaką uwikłany jest Franco, pozbawiła go praktycznie wszystkich nominacji do Oscara. Zasłużył na co najmniej jedną statuetkę (za najlepszą rolę pierwszoplanową). Tym samym powstał prawdopodobnie precedens aktora, który nie dostał nominacji, mimo iż otrzymał Złoty Glob.

The Room chyba od początku skazane było na porażkę. Disaster Artist nie tylko wynagradza Wiseau powszechny brak uznania – co ważniejsze, wydaje się spotkaniem bratnich dusz, artystów o indywidualnych wrażliwościach i twórczych ambicjach. Być może dlatego oba filmy, w gruncie rzeczy sytuujące się na przeciwległych biegunach sztuki filmowej, spinają się w piękną całość. Disaster Artist jest nie tylko czułym spojrzeniem na rewers branży filmowej, wycieczką na ciemną stronę, po której kryją się wszelkie nieszczęśliwie żałosne, nieudane projekty, ale również opowieścią o konkretnym pokoleniu widzów, którzy potrafili (na swój sposób) wejść do tego dziwacznego świata.