dopamietaniaa-01
ARTYKUŁY | 23.06.2014

Aplikacje do wszystkiego. Odcinek III: Do pamiętania

Odkąd przed kilku laty smartfony zastąpiły wysłużone nokie i siemensy, na rynku oprogramowania dokonała się rewolucja. Programy komputerowe, kiedyś drogie i skomplikowane, stały się aplikacjami – kosztującymi kilka lub kilkanaście złotych, często darmowymi, służącymi do najróżniejszych zadań małymi narzędziami, które nosimy zawsze przy sobie. Przez swoją powszechność aplikacje stały się także obiektami kulturowymi, niosącymi ze sobą różnego rodzaju treści i obietnice, domagającymi się interakcji i wywołującymi emocje. I do uwodzenia, i do biegania, i do spania, do grillowania i biwakowania, do karania i nadzorowania – aplikacje są do wszystkiego.

Wspomaganie pamięci to stary pomysł. Taki Platon, na przykład, opowiadał historię o egipskich bogach i królach, którzy spierali się o to, czy pismo pomaga pamiętać, czy też w pamiętaniu raczej przeszkadza. Stanęło na tym, że przeszkadza, ale niewiele z tego wynikło. Dykteryjka Platona jest jednak pouczająca, bo pokazuje pewien sposób myślenia o pamiętaniu, który nie stracił na aktualności. Sprawa jest prosta: albo pamiętamy, albo zapisujemy. Bo jeśli zapisujemy, to pamiętać już nie musimy, a skoro nie musimy, to i coraz mniej pamiętamy, czyli zapominamy na przykład to, co mogliśmy mieć na myśli, kiedy coś zapisywaliśmy.

Jak można się domyślić, są na to aplikacje. Nie tylko pozwalają robić notatki, ale obiecują, że zastąpią niedoskonałą pamięć doskonałymi algorytmami. Idealne protezy pamięci zawsze pod ręką, gotowe na przyjęcie lub oddanie każdej informacji. Czy to nie świetne?

Notuj, nie pamiętaj

Pewnie najpopularniejszą aplikacją do pamiętania jest Evernote. W logo ma głowę słonia, mającą symbolizować pamięć absolutną, a jej główne hasło marketingowe jest proste: „Pamiętaj wszystko”. Evernote pozwala na zbieranie notatek z tekstem, obrazami, zdjęciami, wycinkami stron internetowych, odręcznymi rysunkami, skanami dokumentów itd. Notatki można grupować w różnych zbiorach, oznaczać tagami, udostępniać innym użytkownikom, wyświetlać jako prezentacje. Evernote dysponuje też rozbudowaną bazą aplikacji, z którymi współpracuje i które poszerzają możliwości notatnika. Zresztą nie tylko aplikacji. Wspólnie z firmą Moleskine Evernote wypuścił serię słynnych czarnych notatników, dodając do nich charakterystyczne zielone elementy i system nalepek, który ma pozwalać na łatwe wciąganie odręcznych notatek do elektronicznych notatników.

Evernote

Evernote

Za sukces Evernote’a odpowiada w dużej mierze konsekwentnie realizowana strategia marketingowa, polegająca na kształceniu przyszłych użytkowników. Wśród firm, które wiedzą, że nie wystarczy stworzyć produkt, ale trzeba też stworzyć konsumenta, Evernote radzi sobie doskonale. Na stronie internetowej można znaleźć dziesiątki historii o tym, jak Evernote przydaje się w każdej sytuacji i do każdego zadania: prowadzenia firmy, pisania książek, wychowywania dzieci, gotowania, podróżowania itd. Bo też aplikacja nie ma służyć jakimś wybranym celom, ale jednemu, za to fundamentalnemu: ma zastąpić pamięć. Dwa lata temu na blogu Evernote’a ukazał się wywiad ze specjalistką od neuronauki, która przekonywała, że aplikacja działa nawet lepiej niż ludzki mózg, bo nie dość, że nie wymazuje informacji, to jeszcze pozwala na łatwiejsze wydobywanie tych, których akurat potrzebujemy, i to bez zniekształceń.

Oczywiście aplikacji takich jak Evernote są setki, i tych większych, i tych mniejszych. Microsoft rozwija, w ostatnich latach nawet bardziej intensywnie, swój OneNote, a Google niedawno uruchomiło usługę Keep. Są też mniej rozbudowane alternatywy, opierające się na zwykłych notatkach tekstowych, takie jak Simplenote czy UpWord na iOS. Ten ostatni zasługuje na wzmiankę przede wszystkim ze względu na filmik reklamowy o największym wrogu pamięci: libido.

 

Rób, nie myśl

Jest taki rodzaj informacji, o których najłatwiej zapomnieć, bo i pamiętać by się nie chciało. Z tego powodu zarządzanie zadaniami a więc tym, co jeszcze mamy do zrobienia stało się osobną dziedziną wiedzy, z uznanymi autorytetami i heretykami, sprawdzonymi metodami i awangardowymi propozycjami. Rejestrowanie zadań, kategoryzacja, nadawanie priorytetów i planowanie wszystko po to, aby uniknąć największego, po amnezji, wroga współczesnych pracodawców: prokrastynacji.

Najpopularniejszy system zarządzania zadaniami został wymyślony nieco ponad dekadę temu, w 2001 roku, przez Davida Allena. GTD czyli Getting Things Done (jak podaje polska Wikipedia, doprowadzanie roboty do końca) zyskało status późnokapitalistycznej dobrej nowiny, a jej autor stał się bogatym człowiekiem. GTD składa się z pięciu zasad, odpowiadających pięciu fazom procesu przetwarzania informacji: kolekcjonowanie, analiza, porządkowanie, przegląd, realizacja. Natomiast cel, Święty Graal produktywności, jest jeszcze prostszy: już nigdy więcej nie zastanawiać się, co robić dalej. Jak na swojej stronie pisze Allen: Your mind is for having ideas, not holding them w wolnym tłumaczeniu: Masz mózg do tworzenia, nie do pamiętania.

Aplikacji, które wdrażają system GTD, jest pewnie więcej niż wszystkich notatników. Niektóre kosztują dużo pieniędzy, tak jak OmniFocus (39,99 albo 79,99 USD na Maca, 19,99 USD na iPhone’a), który reklamuje się jako narzędzie dla prawdziwych profesjonalistów, gotowych zapłacić każde pieniądze, żeby tylko zwiększyć swoją wydajność. OmniFocus rzeczywiście jest rozbudowany, a niektórzy początkujący użytkownicy narzekają na jego ogromne skomplikowanie. Aplikacja pozwala na grupowanie zadań według: terminów, miejsc, niezbędnych narzędzi i projektów. Jest do tego na tyle sprytna, że pozwala na ukrywanie zadań do momentu, kiedy można zacząć o nich myśleć, tak by nie rozpraszały nas wcześniej.

Istnieje wiele podobnych aplikacji, tańszych lub porównywalnych w cenie, działających na różnych platformach i oferujących zróżnicowane zestawy funkcji. Sporym uznaniem cieszy się Toodledo, działający na różnych platformach i oferujący chyba więcej funkcji niż Omnifocus, choć raczej niezachęcający nowoczesnym wyglądem. Zadaniowym kombajnem jest też Todoist, integrujący się z praktycznie wszystkimi istniejącymi platformami. Całkiem niezły i przejrzyście zaprojektowany, choć w porównaniu z poprzednikami dosyć prosty, jest chiński Doit. A najlepszą nazwę ma niewątpliwie Remember The Milk, oferujący przy tym całkiem przyzwoity zestaw funkcji.

Todoist

Todoist

Nie wszystkie aplikacje do zarządzania zadaniami realizują metody GTD. Stosunkowo prosta, ale i chyba najpopularniejsza, bo oferująca bezpłatnie przyzwoity zestaw funkcji, jest niemiecka Wunderlist. Natomiast Gneo (tylko iOS) wykorzystuje metodę sortowania zadań według dwóch kryteriów: ważne/nieważne i pilne/niepilne.

To szalone rozmnażanie się aplikacji do zarządzania zadaniami nie tylko świadczy o tym, że efektywność pracy jest dziś najwyżej cenioną wartością, ale wskazuje też na głównego wroga globalnego kapitalizmu: beztroską niepamięć.