pisania-01
ARTYKUŁY | 02.06.2014

Aplikacje do wszystkiego. Odcinek II: Do pisania

Odkąd przed kilku laty smartfony zastąpiły wysłużone nokie i siemensy, na rynku oprogramowania dokonała się rewolucja. Programy komputerowe, kiedyś drogie i skomplikowane, stały się aplikacjami — kosztującymi kilka lub kilkanaście złotych, często darmowymi, służącymi do najróżniejszych zadań małymi narzędziami, które nosimy zawsze przy sobie. Przez swoją powszechność aplikacje stały się także obiektami kulturowymi, niosącymi ze sobą różnego rodzaju treści i obietnice, domagającymi się interakcji i wywołującymi emocje.

Już nawet Ryszard Nycz, redaktor naczelny „Tekstów Drugich”, najważniejszego akademickiego czasopisma humanistycznego, widzi na horyzoncie „aplikacje do elektronicznych urządzeń komunikacyjnych, które mają sygnalizować postawy afektywne rozmówców – jeszcze przed zapoznaniem się z tym, co mają oni do powiedzenia…”.

I do uwodzenia, i do biegania, i do spania, do grilowania i biwakowania, do karania i nadzorowania — aplikacje są do wszystkiego.

Maszyny do pisania

Pisanie to jedna z tych czynności, które obrosły najbogatszą mitologią. Dziwaczne rytuały, specyficzne miejsca, preferowane pozycje ciała, wraz z innymi katalizatorami prokrastynacji, stały się stałymi elementami biografii pisarzy. Wyróżnione miejsce zajmuje wśród nich — narzędzie. Wisława Szymborska napisała nawet wiersz o tym, jak to innemu nobliście pióro zrosło się z ręką. A William S. Burroughs wyobrażał sobie, że jego maszyna do pisania ma zęby. Zresztą maszyna do pisania wyrosła na jeden z symboli nowoczesności: Mark Twain przechwalał się, że jest pierwszym wśród pisarzy, który wystukał na niej całą powieść. Jednak umieszczając pisarstwo niebezpiecznie blisko technicznej reprodukcji, maszyna do pisania (sama nazwa, sugerująca machinalność i przemysłowy charakter pisania, jest szalenie ciekawa, co zresztą miało niemały wpływ na surrealistów i ich pomysły na écriture automatique) zapowiadała już schyłek auratyczności aktu twórczego (jakim dopiero dziwactwem były maszyny z wbudowaną pamięcią, pozwalającą edytować małe kawałki tekstu przed ich wystukaniem!).

Komputery, zdawać by się mogło, zrujnowały ten romantyczny wizerunek pisarza i jego narzędzia: odebrały znakom ich bezpośrednią materialność i uczyniły z tekstu wirtualny byt, tak łatwo podatny na zniszczenie (kto nie tłumaczył się nigdy, że niemal już gotowa praca zaliczeniowa po prostu zniknęła z ekranu?). Dlaczego w końcu Hank Moody z Californication, kiedy już zabiera się do napisania czegoś poważnego, wyciąga swoją starą maszynę? (Co ciekawe, główny bohater Ruby Sparks wykonuje zupełnie odwrotny gest, rozstając się z paradygmatem modernistycznym i godząc się na postmodernistyczną przygodność).

Najpopularniejszym programem do pisania na komputerze jest, bez najmniejszych wątpliwości, nieśmiertelny Word. Nawet dzisiaj, bo 30 latach od jego powstania (tak wyglądał Word 1.0), redakcja Popmoderny przyjmuje teksty w Wordzie, w nim je redaguje i dopiero później przerzuca do sieci. Z milionem nigdy nieużywanych opcji, opcjonalnym Panem Spinaczem oraz korespondencją seryjną, Word, tak naprawdę, był rozwijany jako narzędzie biurowe — dla asystentów prezesek, sekretarzy dyrektorek i innych producentów ton papieru.

Dla zaspokojenia specyficznych potrzeb pisarzy powstał w 2005 roku Scrivener, pozwalający na ogarnięcie całego procesu twórczego: od zbierania notatek, przez opracowywanie planu, pisanie pierwszego draftu, po finalną redakcję. Z powodu jego wszechstronności został nawet uznany przez Emanuela Kulczyckiego (największego geeka wśród akademickich blogerów) za najlepszy program do pisania artykułów i książek. Scrivener jako jeden z pierwszych programów oferował opcję, która w niedługim czasie osiągnęła nadzwyczajną popularność: distraction free writing — pisanie bez rozproszeń, bez Pana Spinacza, bez wyskakujących okienek, bez podglądu na zegar i pogodę, bez justowania i pogrubiania. Tylko pisarka i jej tekst.

Programy, które podchwyciły ten pomysł, zaroiły się jak grzyby po deszczu. Nic dziwnego, to właśnie oddzielenie się od świata — zgodnie z modernistyczną receptą — miało stanowić sposób na wysoką pisarską produktywność i najwyższe efekty estetyczne. Jeden z bardziej popularnych programów tego rodzaju, FocusWriter, już samą nazwą obiecywał skupienie.

Rozmnożenie się uwalniających od rozproszeń programów do pisania przeniosło się błyskawicznie na rynek aplikacji mobilnych. Brett Terpstra (jedna z najbardziej wpływowych postaci apple’owskiego środowiska niezależnych deweloperów) opracował nawet zestawienie wszystkich dostępnych na system iOS edytorów tekstu, zawierające dziś ponad 100 pozycji.

Najbardziej spektakularną karierę odniosła jak na razie skromna w gruncie rzeczy aplikacja stworzona przez szwajcarską firmę zajmującą się designem. iA Writer (4,99 USD — wersje na iPhone’a i iPada oraz, osobno, na Maca) obiecuje distraction free writing w wersji radykalnej. Aplikacja została pozbawiona wszelkich możliwości konfiguracji, uniemożliwiając dostosowanie czcionki, zmianę tła i inne niezwykle-ważne-czynności-które-koniecznie-trzeba-wykonać-zanim-się-zacznie-pisać. Więcej, iA Writer pozwala na skupienie się tylko na tym jednym zdaniu, które właśnie powstaje, wygaszając pozostałe elementy tekstu i blokując możliwość edycji.

Ze strony: www.iawriter.com

Ze strony: www.iawriter.com

Sukces aplikacji, do używania której zaczęło się przyznawać wielu pisarzy i dziennikarzy oraz tysiące aspirujących twórców, sprawił, że twórcy iA Writera zupełnie niedawno wypuścili jego nową wersję, przeznaczoną tym razem — jak podkreślano — dla tych, którzy pisanie traktują profesjonalnie. Writer Pro kontynuuje założenia swojego poprzednika, oferując jednak dodatkowe opcje. Podczas pracy z aplikacją można wybrać odpowiedni tryb: notatek, pisania i edycji. Różnica polega — nie mniej, nie więcej — na odmiennych krojach i kolorach czcionki. Jak zapewniają deweloperzy, ma to pozwalać twórczemu umysłowi na łatwe przestawianie się między różnymi aspektami pisania. Dodatkowo, Writer Pro umożliwia podkreślanie składni: w tekstach w języku angielskim aplikacja potrafi zaznaczyć np. same przymiotniki, pozwalając na wyłapanie ich nadmiaru. Swoją drogą, był z tym związany mały skandal, twórcy bowiem zagalopowali się i chcieli opatentować swój wynalazek, nie przyznając, że jest on oparty na wbudowanym w iOS mechanizmie stworzonym przez Apple. Nie to jednak było najbardziej zaskakujące, ale cena, jaką ustalono dla tego profesjonalnego narzędzia: 20 dolarów (osobno wersja dla iOS i dla Maca). Choć znalazło się wielu takich, którzy kupili marketing profesjonalizmu i uznali, że jeśli zainwestują tyle pieniędzy w poważne narzędzie, to uczyni ich to poważnymi pisarzami, to jednak większość dotychczasowych użytkowników iA Writera uznała, że 20 dolarów to zdecydowanie za dużo.

Writer Pro

Writer Pro

Obok iA Writera jeszcze co najmniej kilka edytorów zyskało popularność, opartą w największej mierze na umiejętnym dopracowaniu interfejsu. Na nieco większą wolność w doborze czcionki pozwala Byword (4,99 USD). Z kolei Daedalus Touch (0,99 USD, z możliwością dokupienia dodatkowych opcji) reklamuje się jako efekt przemyślenia od nowa sposobu, w jaki używamy tabletów, i zamiast listy plików oferuje stosiki notatek, które można łatwo przenosić, sortować, powiększać itd. Całkiem niezły jest też 1Writer (2,99 USD), który pozwala już na wykonywanie zaawansowanych manipulacji w obrębie tekstu.

Na marginesie zaznaczyć trzeba, że większość tych edytorów, opierających się na zwykłych plikach tekstowych, do formatowania wykorzystuje mocno uproszczony język znaczników: Markdown. Pozwala on na wprowadzanie różnych elementów typograficznych (pogrubienia, pochylenia, list, tabel, przypisów itp.) bez konieczności przenoszenia się do Worda. Markdown, szczególnie wśród blogerów, zrobił w ostatnich latach spektakularną karierę — o czym przyjdzie mi jeszcze kiedyś napisać.

Na tle edytorów bez rozproszeń zupełnie odmienne założenia dotyczące pracy z tekstem realizuje Editorial (4,99 USD), stworzony przez niemieckiego programistę Ole Moritza. Ta niepozorna aplikacja stała się, jak twierdzi wielu, prawdziwą rewolucją w pracy z iPadem. Na pierwszy rzut oka Editorial nie oferuje nic specjalnego: synchronizacja z Dropboksem, prosta wyszukiwarka plików, wbudowana przeglądarka, podświetlanie składni Markdown. Tym jednak, co wyróżnia Editorial, są workflowy — opcje zaawansowanych operacji tekstowych (i nie tylko tekstowych), które można nie tylko stosować, ale przede wszystkim samodzielnie projektować, nawet bez umiejętności programowania. Editorial pozwala np. dowolnie przekształcać tekst (sortować, układać, konwertować), porównywać zapisane wersje, liczyć, jak często powtarza się w tekście dane słowo, wstawiać odnośniki bibliograficzne itd. itd. Lista w zasadzie nie ma końca, bo każdego dnia powstają nowe workflows, które służą np. graczom w generowaniu zestawów postaci.

editorial

Editorial

Federico Vittici (mieszkający we Włoszech redaktor, kolejna znana postać w światku aplikacji) napisał całego e-booka, w którym tłumaczy, co można zrobić w Editorialu. Podsumowuje ją w sposób, który przekracza ramy języka, jakim zwykle pisze się o aplikacjach: For me, Editorial is more than just a text editor. Jasne, że much more, bo Editorial to istne cudo dla tych wszystkich, którzy zajmują się pisaniem, choć skrywają w sobie nerdów marzących o stworzeniu takiego workflowa, który następny tekst napisze już za nich. Nic więc dziwnego, że zapowiedziana przed kilkoma dniami długo oczekiwana aktualizacja aplikacji do wersji 1.1 wywołuje powszechną ekscytację (co tu dużo ukrywać, moją też).

iA Writer i inne edytory tekstu distraction free opierają się na modernistycznym wyobrażeniu o pisaniu jako wyizolowanym z codziennego życia, heroicznym, tajemniczym i wzniosłym starciu autora z tekstem. Nawiązując swoim designem do kartki przesuwającej się w maszynie do pisania, usiłują stworzyć chociaż iluzję utraconej aury pisania. Editorial natomiast to wytwór informatyka, dla którego pisanie jest jak programowanie — pełne poprawek, przekształceń, debugowania i kompilowania, które w efekcie pozwalają stworzyć działający produkt w wersji 1.0, z możliwościami bezpłatnych update’ów.