hells-angels-janota
RECENZJE | 18.04.2016

Anarchia na autostradzie (Hunter S. Thompson „Anioły Piekieł”)

Wreszcie jest! Słynny debiut Huntera S. Thompsona, Anioły Piekieł, ukazał się po polsku. Za późno, w niewielkim – choć prężnym wydawnictwie, bez znaczącej rozpoznawalności autora przez czytelnicze masy, za to w czasie rynkowej hossy związanej z literaturą faktu. A jednocześnie: to właśnie dziś warto wyłowić tę niezwykłą książkę spośród innych ukazujących się w Polsce reportaży.

Warto czytać Thompsona przede wszystkim dlatego, by przekonać się, czym może być niesformatowane dziennikarstwo. Autor Lęku i odrazy w Las Vegas to prawdziwy król-duch literatury gonzo, anarchistyczny prowokator, a zarazem pisarz o ściśle amerykańskiej wrażliwości i wielkim darze tworzenia syntez. Czytając jego najsłynniejsze teksty, można zrozumieć złożoną rzeczywistość czasów, które opisywał (głównie lata 60. i 70. – kres złudzeń kontrkulturowców, przygrywka do konserwatywnego kursu, który obiorą władze). Choć o polityce nie wspomina explicite, stanowi ona pojawiający się stale szwarccharakter. Dziennikarstwo niepokorne? Tak, ale w pełni, nieuwiązane do żadnej ideologii czy ośrodka politycznego. Niepokorne wobec oczekiwań, formatów, prasowej rutyny. W Polsce chyba nikt nie pisał tak kąśliwie i oryginalnie. Jeden Szczerek mógłby, gdyby nadal zajmował się snuciem postsarmackich gawęd o życiu Polaków i ościennych narodów, zamiast wchodzić w unisono z chórem krzyczących o tempora, o mores starców, dla których zwykła, codzienna polska rzeczywistość jest przeszkodą w uprawianiu publicystyki. Gonzopolityka zawłaszcza warsztat i tematy gonzoreporterów. Jeśli chcecie poczytać coś ciekawego, to następnym razem nie głosujcie na PiS.

Gonzo dla literatury i dziennikarstwa jest tym, czym styl „pijany mistrz” dla karateków. W obu przypadkach zawodnik chwieje się na nogach i słania, jest jednocześnie rozluźniony i gotowy do walki. Widz spodziewa się, że za chwilę będzie blamaż, a tymczasem następuje spektakularne zwycięstwo, niemożliwe do osiągnięcia innymi środkami.

Wracając do Thompsona: można czytać go dla estetycznych podniet, popkulturowych sentymentów, ale też dla prostej przyjemności. Bo to dobrze skrojony, przyjemnie chropowaty produkt literacki, który niewiele obiecując, daje więcej niż jakakolwiek książka o gangach motocyklowych. W każdej z pozostałych coś psuje zabawę. Zwykle pedagogiczny smród wespół z polityczną poprawnością. Czasami też autorzy zbyt mocno starają się nakarmić czytelników sensacjami i powstaje maskulinistyczny odpowiednik Pięćdziesięciu twarzy Greya, tyle, że w miejsce klapsów podstawia się homospołeczną wspólnotę twardzieli, fantazje o ryku motorów, chuligańskich czynach i zawsze chętnych dziewczętach o figurach godnych modelek, za to umysłowości wręcz kurzej. Oczywiście Thompson nie bawi się w żadne subtelności, lecz jednocześnie nie ulega panice moralnej, nie popada w kicz, skutecznie unika łatwych ocen i populistycznych sztuczek. To proza surowa jak dieta motocyklisty i twarda niczym jego pięści. I zaludniona przez pełnokrwiste postaci, ludzi twardo stąpających po ziemi, mądrzejszych niż można by oczekiwać, jednak nie na tyle, by byli nosicielami jakichś, pięknych w swej prostocie, a zarazem doniosłych, prawd o życiu. Bo rzecz nie dzieje się na Podhalu okupowanym przez młodopolskich artystów, lecz na szlaku bojowym współczesnych nomadów: Niczym Czyngis-chan na żelaznym koniu, potwornym rumaku o ognistym odbycie, obserwują świat przez oczko puszki od piwa i bezlitośnie obmacują pachwiny waszych córek […]. Urocze, prawda? Teraz poznajcie niektórych bohaterów: Mały Jezus, Pokrak, Czekoladowy George, Ptaszyna, Zorro, Kostek, Buźka, Mały, Terry Turysta, Francuz, Nieświeży Marvin, Matka Miles, Brudny Ed, Kaczka Chuck, Gruby Freddy, Fleja Phil, Nagrzany Charley Dzieciojeb, Szalony Cross, Lufka, Magoo, Zwierzak i co najmniej setka innych.

Thompson przeżył rok w towarzystwie Aniołów Piekieł. Wybrał metodę pełnego uczestnictwa, wręcz sojuszu z opisywanymi nomadami. Obala narosłe wokół tego środowiska stereotypy, lecz jednocześnie nie konstruuje nowej legendy. Owszem, jest sporo o wolności, narkotykach, seksie, zawadiactwie i rebelianckich czynach, ale ostateczny rachunek uwzględnia koszty życia poza prawem i granicami społecznej tolerancji. Niektórzy z bohaterów to właściwie bezdomni, a imponujące motocykle stanowią ich jedyne mienie. Innym trafia się dach nad głową i praca w fabryce, lecz nawet socjalne minimum nie zmienia ich pozycji społecznej. Kiedy na kalifornijskim zlocie Aniołów Piekieł dochodzi do zbiorowego gwałtu, to opis wydarzeń jest adekwatny wobec warunków, w jakich następuje, pozbawiony łatwego moralizatorstwa, rytualnej odrazy wobec sprawców i czynów. W lumpenproletariackim świecie amerykańskiej białej biedoty (white trash), w osiedlach przyczep kampingowych i tanich barach, próżno szukać wartości uznanych za wyższe, uniwersalnie humanistyczne. To ich nosiciele, nie tylko policjanci i dziennikarze, lecz także wszyscy obywatele należący do klasy średniej tworzą zbiorowy szwarccharakter – społeczeństwo strzegące swych granic, chętnie pozbywające się jednostek kwestionujących którąkolwiek z obowiązujących zasad. Oczywistym składnikiem tej opowieści jest też amerykańska metafizyka podróży. Prowincjonalne krajobrazy, pustkowia i małe miasteczka, które padają ofiarą terroru zmotoryzowanych nomadów i przede wszystkim oplatające całe Stany drogi stanowią jednocześnie kontrastowe i bardzo adekwatne dekoracje. Im bardziej aniołowie oddalają się od własnego podwórka, tym większe prawdopodobieństwo, że będą wzbudzać panikę. Ich chmara widziana na autostradzie stanowi obrazę dla każdego normalnego wyobrażenia o tym, co powinno dziać się w kraju. […] Zobaczyć pojedynczego Anioła mknącego pośród samochodów – łamiącego wszystkie przepisy, ograniczenia i nakazy, to zrozumieć motocykl jako narzędzie anarchii, instrument sprzeciwu, a nawet broń.

Obawiałem się jak to wszystko będzie brzmieć po polsku. Styl autora Lęku i odrazy w Las Vegas jest trudny do oddania w literackiej polszczyźnie. W oryginale wydaje się być dość kolokwialny, pozbawiony wytwornych ozdobników, a przy tym bardzo plastyczny, spójnie łączący slang z bardziej przezroczystymi rejestrami języka. Tłumacze Aniołów Piekieł, Jarosław Pypno i Radosław Pisula stanęli na wysokości zadania. Tekst wchodzi w krew jak Jack Daniels na amerykańskiej prowincji, mocno i dosadnie, ale bez posmaku nachalnych polepszaczy.

Styl życia amerykańskich motocyklistów uległ popkulturowej fetyszyzacji. Od 1953 roku, gdy na ekrany wszedł film Dziki Laslo Benedeka z nieśmiertelną kreacją Marlona Brando, stanowi jeden z ulubionych tematów filmów, komiksów i seriali. Opowieści o twardzielach na ryczących maszynach z mniejszym lub większym wdziękiem poruszają tematy wolności, buntu, kreacji własnego świata. Znakomity reportaż Thompsona przewyższa konkurencję tym, że trzyma się blisko ziemi, na styku opony i szosy, ciężkiego łańcucha i szczęki antagonisty, kaca i narkotycznego tripu. To rzecz z gatunku „po męsku i na ostro”, ale przy tym mądrze i rzetelnie, co nieczęsto chodzi w parze.

 

Hunter S. Thompson

Anioły Piekieł

tłum. Jarosław Pypno, Radosław Pisula

Wydawnictwo Niebieska Studnia

Liczba stron: 384

 

PS Kompendium wiedzy i sugestii na temat gonzo znalazło się w 41. numerze Ha!Artu. W linku wersja elektroniczna do czytania za darmo.

Jan Bińczycki

Jan Bińczycki

(ur.1982) – doktorant na Wydziale Filologii Polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego, członek zespołu Korporacji Ha! Art. Publikuje, gdzie się da. Z zawodu bibliotekarka.