• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Nowości wydawnicze | 26.11.2018
Ananda Devi, „Zielone sari”(fragment)
Nowości wydawnicze | 26.11.2018

Ananda Devi, „Zielone sari”(fragment)

Ananda Devi, „Zielone sari” (fragment)

przekład Krzysztof Jarosz

Wydawnictwo w Podwórku, 2018

 

Usiłuję zasnąć, ale twarz pojawia się natychmiast tuż przy mojej. Jej oddech ma zapach zatęchłych przypraw korzennych. Orbity puste, a przecież zamieszkałe przez niewidoczne spojrzenie. Usta otwierają się na otchłań skolonizowaną przez robactwo.

Ten obraz nie jest realny: matka Kitty została spalona, jak ja zostanę spalony, gdy umrę. Jej ciało nie gnije w trumnie, lecz obróciło się w pył na stosie z drewna mangowca. Jednak widzę ją zawsze w ten sposób: na wpół zgnite ciało, twarz niemająca już w sobie nic ludzkiego, ale dająca się mimo wszystko rozpoznać w całym swoim pięknie, owa magia kobiecej natury, która uwodzi mężczyzn i traci swoją moc, gdy tylko zostanie zniewolona w męskim łożu. One są jak pałace o nieskończonych obietnicach, w których po sforsowaniu drzwi odkrywa się tylko zmurszałość i pustkę.

Tak i mnie urzekła i popchnęła do tego, żeby ją za wszelką cenę zdobyć, nawet jeśli powinna pozostać dla mnie niedostępna. Byłem sierotą, człowiekiem, który sam siebie stworzył. Ona pochodziła z wyżyn społecznych. Ale byłem lekarzem: to kompensowało wszystko. Po długich miesiącach negocjacji z jej rodzicami udało nam się dopiąć swego. Walczyła o to z takim samym uporem jak ja. Kiedy przywiozłem ją, młodą żonę, do siebie, myślałem, że szczęście, ta niewypowiedziana rzecz, stała się moim udziałem. Myślałem, że moja żona będzie jak to żebro Adama, z którego, jak wierzą chrześcijanie, pochodzi kobieta: niezbędna, ale niewidoczna.

Słyszę jej spokojną nienawiść niczym szelest jasnego prześcieradła. Wie, że jestem w jej zasięgu. Oczekuje mnie. Wie, że nie będę się ociągał. W nocy, gdy nie ma nikogo, kto rozpędziłby duchy, żyję z nią sam. Wślizguje się wtedy we mnie metaliczny strach. Co się stanie, kiedy umrę?

Wydaje mi się, że ona śpiewa jakąś kołysankę, ale nie rozpoznaję ani słów, ani melodii. To niepodobne do niczego, ten głos zza grobu, może tylko do roztrzaskanych gwiazd. Mam niejasne poczucie, że powinienem znać tę melodię, że nuciła ją cichutko, żeby uspokoić noworodka, którego wrzaski nie pozwalały mi zasnąć. Ale brzmienie piosenki jest złowieszcze, jakby nie zawierała nic poza wyziewami mojej złości.

Wiem, że ta złość zaprowadziła mnie za daleko. Przyznaję, jest odpowiedzialna za wiele rzeczy. Była szkarłatnym źródłem, które mnie wypełniało i wzbraniało wszelkiego umiaru, plamiąc moje wargi swoim cudownym smakiem. Nie mogłem bić niemowlęcia, żeby je uciszyć, biłem więc matkę. To było normalne. Nie trzeba się tego wstydzić. Dopiero później mężczyźni stali się tchórzami, a kobiety uzyskały wszystkie prawa.

Nienormalne było to, że ona nie zgadzała się na ustalony porządek i angażowała w tę milczącą wojnę przeciwko mnie. Oto, co doprowadziło nas do zniszczenia.

Pierwotny obraz, owa zieleń jej przysiąg i strojów, uległ wynaturzeniu, gdy zabarykadowała się w odmowie posłuszeństwa mężowi. Nie potrafiła nawet zaakceptować, kiedy jej mówiłem, że jest złą kucharką. A przecież to była czysta prawda, wypowiedziana bez ogródek, zgoda, ale co było nadzwyczajnego w tym, że odmawiałem jedzenia jej sklejonego ryżu, gumowatego lub na wpół surowego kurczaka, tych warzyw utopionych w zbyt słonym sosie? Jakże szybko musiałem utracić złudzenia, uświadomić sobie, że wzbronione mi było to, czego oczekiwałem, owe czułe rojenia o życiu we dwoje; małżeństwo składało się tylko z przejrzanych na wskroś iluzji. Piękno nie kompensowało niczego. Śmiała się ze swoich niezręczności jak podlotek. Miała już siedemnaście lat, a jeszcze nie dotarło do niej, że życie we wspólnym stadle nie ma w sobie nic zabawnego. Musiałem ją tego nauczyć pięścią. Kiedy po raz pierwszy jej warga pękła z innego powodu niż uśmiech, wreszcie zaczęła rozumieć.

Kiedy ją poznałem, była żywą, bezczelną, złośliwą piętnastolatką, z gotową na wszystko odpowiedzią, obdarzoną bezlitosnym poczuciem humoru. Kobietą w miniaturze, z długimi kolczykami, diamentem w nosie, delikatnymi nadgarstkami, z ogromnym apetytem na życie, widocznym po sposobie, w jaki koniuszkiem różowego języka lizała lody. Miniaturową kobietką, stojącą pod deszczem sztucznych ogni z noskiem zadartym ku niebu. Była niepodobna do jakiejkolwiek innej kobiety, którą znałem. Nigdy nie napotkałem tyle beztroski i zaufania. Do tej pory żyłem w szarzyźnie biedy i ambicji. Wiedziałem, że nie pragnę nikogo poza nią.

Oczarował mnie jej śmiech. I to śmiech ją odczarował. Po ślubie nie byłem zdolny dzielić jej wesołości. Wydawała mi się fałszywa, jak maska zakładana specjalnie po to, żeby ukryć jej liczne wady. Mylący pozór. Kiedy się jest kobietą, kiedy ma się stać matką, nie można się już śmiać w ten sam sposób. Powaga jest niezbędnym aktem godności.

Wstyd nadszedł niespodziewanie, z oczywistością tak silną, że zakrztusiłem się samosą, którą wtedy jadłem. Kiedy publicznie roześmiała się na ślubie, na który zostaliśmy zaproszeni, szukając mnie wzrokiem, jakby chciała podzielić się ze mną chwilą intensywnej wesołości, nie odwzajemniłem uśmiechu: odwróciłem się do niej plecami. Nie przestałem dyskutować o polityce z otaczającymi mnie mężczyznami. Nasz angielski był sztuczny i pompatyczny, niezręczny i sepleniący, ale czuliśmy się odmienni od pozostałych. Mówiliśmy o niedawnej wojnie, której echa nami wstrząsnęły. Konstruowaliśmy przyszłość kraju, który jeszcze nie uzyskał niepodległości. Wypędzimy Anglików z naszej małej wyspy, będziemy pionierami, będziemy kroczyć śladem Nehru i Gandhiego, będziemy mieli nasz szlak cukru na podobieństwo ich szlaku soli. Kiedy mówiłem, czułem na plecach, na moim karku jej drapiące spojrzenie. Nakazywała mi się odwrócić. Czułem jej wściekłość zignorowanej kobiety. To wzmocniło moją determinację: nie nagnie mnie do swojej woli. Oparłem się chęci spojrzenia na nią. To było moje pierwsze zwycięstwo.

Widzę ją jeszcze, tego dnia, ubraną w żółte przezroczyste sari ze złotymi cekinami. Płomiennożółta, jedwabista tkanina, która doskonale pasowała do jej ciepłej cery i czarnych włosów. Tego dnia zebrała je nad szyją w kok. Nosiła drogie klejnoty, ofiarowane jej przez rodziców. Kiedy przyszliśmy, widziałem, że patrzyli na nią wszyscy, mężczyźni i kobiety. Uśmiechały się do niej starsze panie, które mówiły jej, że przypomina aktorkę Sorayę. Ale ona była piękniejsza niż Soraya. Na swoich wysokich obcasach była chodzącym płomieniem. Udawałem, że nie dostrzegam spojrzeń, zachowywałem się, jakby było dla mnie całkiem normalne, że przychodzę z nią u swego boku. W chwili gdy wchodziliśmy do salonu, zbliżyła się do mnie i otarła się o moje ramię swoim nagim barkiem. Poczułem się zakłopotany tą bliskością, połączoną z delikatnym zapachem jaśminu i potu. Nie afiszowało się w ten sposób stosunków łączących kobietę z mężczyzną. Odsunąłem się upokorzony tym nazbyt intymnym gestem.

A potem, jakiś czas później, rozległ się ten wybuch śmiechu, który rozbrzmiał w całej sali, wstrząsnął mną i przeszył mi uszy niczym gwóźdź. I wtedy przydusił mnie wstyd, sprawiając, że w moich uszach myśli stojących wokół mnie ludzi rozbrzmiały tak wyraźnie, jakby zostały wypowiedziane – mówili: tak to jest, kiedy poślubi się zbyt piękną kobietę, śmiali się, ożenił się z lalką, która wodzi go za nos, niby się puszy, mruczeli, ale w rzeczywistości to pantoflarz. Zacisnąłem usta i nozdrza. Przez resztę wieczoru w ogóle na nią nie spojrzałem. Kiedy wracaliśmy, wyczuła całą dzikość złości, którą oburącz w sobie dusiłem. Jej obcasy stukały ze strachu po brukowanych ulicach stolicy. Była na tyle mądra, że nie odezwała się ani słowem. W domu bardzo szybko położyła się spać. W środku nocy usłyszałem, jak pociąga nosem, i cała moja złość wyparowała. Wziąłem ją w ramiona i poczułem euforyczną ulgę. Pod koniec naszego stosunku znowu pozwoliła sobie na śmiech. I ten śmiech nie miał już w sobie żadnej magii. Nie znalazłem w nim nic urokliwego.