wire
ARTYKUŁY | 17.12.2012

All in the game

Zrobienie dobrego serialu nie jest rzeczą łatwą. Ale zrobienie serialu, którego ocena w IMDb przewyższa Lost, Breaking Bad i Dr. House’a, serialu będącego ulubioną produkcją Baracka Obamy i, jak twierdzi „The Guardian”, najlepszym programem, jaki kiedykolwiek został wyprodukowany dla amerykańskiej telewizji, a który jednocześnie nigdy nie zdobył nagrody Emmy ani Golden Grammy, w Polsce zaś pozostaje tak mało znany, że prawdopodobnie do teraz zastanawiacie się, o czym właściwie mówię – to wyczyn, który udał się tylko twórcom The Wire.

The Wire, w Polsce emitowane jako Prawo Ulicy (wśród moich wielu teorii spiskowych znajduje się również taka, że polscy dystrybutorzy są w istocie dobrze zakamuflowaną sektą, której głównym zadaniem jest zniechęcanie ludzi do oglądania telewizji), jest wszystkim tym, czego nie spodziewacie się po serialu o policjantach – i mówiąc „wy”, mam na myśli serialowych koneserów, którzy nie zhańbili się w życiu ani jednym odcinkiem Ostrego Dyżuru, Klan oglądali wyłącznie z nastawieniem ironicznym, a piosenkę z Twin Peaks potrafią zanucić obudzeni w środku nocy. Bo The Wire jest tworem wyjątkowym nie tylko w porównaniu ze starymi „gatunkowymi” serialami, ale również skonfrontowanym ze współczesnymi produkcjami, tymi, o których można bez żenady pogawędzić przy przysłowiowym sojowym latte. David Simon – reporter kryminalny „Baltimore Sun”, który odszedł z pracy po dwunastu latach, kiedy sukinsyny, które przejęły jego gazetę, zepsuły mu zabawę – oraz współpracujący z nim Ed Burns – weteran z Wietnamu, emerytowany oficer wydziału zabójstw, a później nauczyciel w publicznej szkole – razem stworzyli serial będący okazją, żeby przypomnieć sobie, że słowem „epicki” można opisać coś więcej niż tylko piątkowe pijaństwo.

The Wire to pięć sezonów, z których każdy koncentruje się na jednym z podsytemów funkcjonujących w Baltimore: portowym mieście, którego 64% populacji stanowią Afroamerykanie, a przestępczość, w dużej mierze związana z biznesem narkotykowym, czterokrotnie przewyższa amerykańską średnią. Wątkiem, który umownie spaja wszystkie sezony, jest historia grupy policjantów. W pierwszym sezonie udaje się im postawić przed sądem Avona Barksdale’a, gangstera odpowiedzialnego za narkotykowy biznes w całej zachodniej części miasta – spoiler ten można spokojnie ujawnić, bo kto zacznie oglądać The Wire, dość szybko zorientuje się, że fakt złapania „tego złego” nie ma tak naprawdę większego znaczenia. Zamknięcie Barksdale’a jest wyłącznie małym przesunięciem w obrębie systemu, luką, która niemal natychmiast zostaje wypełniona, bo (o czym widz może się przekonać już po kilku odcinkach) The Wire nie jest opowieścią o polowaniu na gangstera. Zamiast prostej kryminalnej historii twórcy serwują nam niezwykle drobiazgową analizę mechanizmów wykluczenia, zorganizowanej przestępczości, polityki, mediów i skomplikowanych relacji między poszczególnymi elementami, które, jak każdy zamknięty system, dążą do zachowania równowagi. Słowo „game”, slangowe określenie na handel narkotykami, pada w każdym odcinku jakieś kilkadziesiąt razy, ale nic w tym dziwnego, jak bowiem mawia jeden z bohaterów: it’s all in the game. Michael Kenneth Williams, wcielający się w inspirowaną prawdziwymi historiami postać Omara (znany również z roli Alberta „Chalky’ego” White’a w Zakazanym Imperium), „wolnego strzelca” żyjącego z rabowania narkotykowych gangów, niewychodzącego na ulicę bez kamizelki kuloodpornej i shotguna, a przy okazji geja, który co niedzielę odprowadza do kościoła swoją wiekową babcię, zapytany, czy jego zdaniem serial dobrze obrazuje rzeczywistość slumsów w Baltimore, bez wahania odpowiedział, że The Wire uczciwie oddaje to, co dzieje się w tym kraju. Tropów potwierdzających tę teorię można znaleźć więcej. W scenie otwierającej pierwszy sezon policjant i nastolatek siedzą nad zwłokami zastrzelonego chłopaka, który notorycznie usiłował kraść pieniądze – stawki w zawieranych w getcie zakładach. Łapaliśmy go i kopaliśmy mu dupę, ale nikt nigdy nie posuwał się dalej – stwierdza zamyślony nastolatek. Poczekaj… skoro Snapboogie za każdym razem zgarniał pieniądze i uciekał, dlaczego w ogóle dopuszczaliście go do gry? – pyta policjant. Tu jest Ameryka, stary – słyszy w odpowiedzi.

Tym, co odróżnia tę produkcję od większości popularnych seriali, jest właśnie bardzo wyraźne społeczne zacięcie, od którego twórcy absolutnie nie próbują się odżegnywać. W wydanych na DVD komentarzach do czwartego sezonu, którego duża część dzieje się w szkole, Ed Burns (przypominam – weteran z Wietnamu) mówi o pracy nauczyciela w Hamilton Middle School jako najtrudniejszym doświadczeniu w życiu. System szkolnictwa prowadzi do wykluczenia dzieci, które startują z gorszej pozycji – konstatują twórcy serialu i szczegółowo pokazują, jak przebiega ten proces. Jednocześnie udaje im się uniknąć popadania w tani sentymentalizm rodem z Młodych gniewnych. Simon i Burns, wspomagani przez sztab konsultantów, skupiają się na tym, w jaki sposób można radzić sobie z niewydolnym systemem, oraz zastanawiają się, kto zyskuje, jeśli się tego nie robi. W taki sam szczegółowy sposób opisują niedofinansowanych policjantów – którzy nie daliby się przekupić gangsterowi, ale bez wahania decydują się na bardzo skomplikowane przekręty, żeby nie zostać pociągnięci do odpowiedzialności finansowej za stracony sprzęt – czy związkowców ze stoczni, którzy pieniądze potrzebne na prowadzenie polityki zdobywają, współpracując z przemytnikami. Świat przedstawiony w The Wire nie dzieli się na dobrych i złych. Każda z postaci zawieszona jest w sieci zależności i kompromisów, a złożone układy sił działają tak samo na pojedyncze osoby, jak i na cały system.

To, co jest największą zaletą The Wire, jest jednocześnie głównym powodem, dla którego na jedną osobę, która przyzna mu dziesięć gwiazdek na IMDb, przypada jakieś trzydzieści, które nigdy nawet o nim nie słyszały. Fabuła serialu jest tak skomplikowana, że – jak zauważył w swojej recenzji jeden z fanów – po trzech godzinach oglądania zaczynasz dopiero dopasowywać nazwiska do twarzy. W dodatku autorzy zakładają, że widz przez cały czas śledzi uważnie to, co się dzieje: pojedyncza wymiana zdań czy ujęcie trwające piętnaście sekund może okazać się kluczowe cztery odcinki później. Albo i nie. Bo jedną z cech realistycznej opowieści jest to, że tylko część zdarzeń popycha akcję do przodu – a The Wire jest realistyczne do bólu. Nawet jeśli oznacza to, że scenarzyści każą postaciom mówić slangiem, który zaczynasz łapać po jakiś pięciu odcinkach, po czym uśmiercają twojego ulubionego bohatera.

A pod tym względem jest w kim wybierać. Poza wspomnianym już Omarem, który doczekał się grupy wiernych fanów z prezydentem Stanów Zjednoczonych na czele (bo jak tu nie zachwycić się czarnoskórym gejem, który w powiewającym prochowcu i kamizelce kuloodpornej wkracza między bloki getta niczym ostatni sprawiedliwy z najklasyczniejszych westernów), mamy do wyboru jeszcze kilkadziesiąt równie wyrazistych charakterów. Wśród materiałów wrzucanych przez fanów na YouTube’a znajduje się między innymi wideo poświęcone „50 najlepszym postaciom z The Wire”. Słownie: pięćdziesięciu. Znacie jakiś inny serial, którego fani poświęcają uwagę więcej niż dwudziestu? Co ciekawe, nie wszyscy, którzy znaleźli się w obsadzie serialu, są profesjonalnymi aktorami. Melvin Williams, który pojawia się w trzeciej i czwartej serii, jest jednym z przywódców narkotykowej mafii z lat 80. i pierwowzorem Avona Barksdale’a, Felicia „Snoop” Pearson zajmowała się handlem narkotykami od dziecka, a w wieku czternastu lat została skazana za zabójstwo. Na zarzut, że byli gangsterzy nie zasługują na to, by być gwiazdami telewizji, Simon odpowiada, że zasługi nie mają tu nic do rzeczy. Kryterium jest jedno: postaci mają być prawdziwe i nieważne, czy będą je grać przestępcy z Baltimore, brytyjscy aktorzy, czy Method Man. I to działa.

Dlaczego więc mimo wszystko fani The Wire pozostają raczej czymś w rodzaju sekty tylko dla wtajemniczonych, a serial, pomimo zachwytów krytyków, nie zdobył żadnej z bardziej znaczących nagród? Częściowo jest to pewnie rezultat wymagań, jakie stawia widzowi skomplikowana fabuła, która w dodatku na początku udaje serial kryminalny, częściowo następstwo faktu, że (uwaga, banał!) telewizji wciąż łatwiej przychodzi strawienie przemocy rodem z The Walking Dead, gdzie grupa bohaterów przez pięć minut zapamiętale szlachtuje nadgniłe zwłoki, niż widok jednego dziecka pakującego drugiemu kulę w tył głowy. Nie trzeba też być fanem teorii spiskowych, żeby zauważyć, że wizja Ameryki, jaką serial prezentuje, jest niepokojąco realistyczna. Z pewnością są tacy, którym jest ona nie w smak, bo The Wire to oskarżenie wycelowane w sam środek mitu o „kraju możliwości”, gdzie za sprawą własnej ciężkiej pracy każdy może dostać się na szczyt – mitu, dzięki któremu nie tylko w Stanach bardziej uprzywilejowana część społeczeństwa może cieszyć się dobrym snem. Jakiekolwiek nie byłyby te powody, to biorąc pod uwagę fakt, że społeczny ciężar Breaking Bad, o którym pisali Dunin i Orliński, ma się do The Wire jak czytanka pierwszoklasisty do Zbrodni i kary, pozostaje mieć nadzieję, że fani seriali zdobędą się na wysiłek i przetrwają kilka pierwszych odcinków, po których do człowieka zaczyna docierać, że właśnie ogląda najlepszy program, jaki kiedykolwiek był mu dany. Kto wie, może pewnego dnia ktoś wymyśli mu nawet sensowny polski tytuł?