• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Artykuły, Recenzje | 01.10.2018
A na gruzach Warszawy czytaliśmy Myszkę Miki
Artykuły, Recenzje | 01.10.2018

A na gruzach Warszawy czytaliśmy Myszkę Miki

W roku, w którym obchodzimy hucznie stulecie niepodległości, jeszcze częściej niż zwykle łapię się na rozmyślaniu o polityce pamięci. Przypomniało mi się nawet ostatnio moje pierwsze z nią zetknięcie. Jako chłopak w wieku podstawówkowym oglądałem kiedyś z tatą w telewizji tysięczną powtórkę Czterech pancernych i psa, kiedy nagle w mojej głowie coś zgrzytnęło. Jak to jest, tato, zapytałem, że pani na historii nam mówiła, że Rosjanie w czasie wojny na nas napadli, a tu w serialu pokazują, że nam pomagali? Tata tylko się wtedy roześmiał, a mnie jeszcze ładnych parę lat miało zająć zrozumienie, co go rozbawiło.

Wizyta na wystawie „Teraz komiks!”, prezentowanej w Muzeum Narodowym w Krakowie od 2 marca do 22 lipca 2018 roku, była jednym z przyjemniejszych punktów moich tegorocznych wakacji. Znakomicie przygotowana, bogata w zbiory i informacje, zaoferowała mi fascynująca podróż przez historię polskiego komiksu – od jego najwcześniejszych, XIX-wiecznych przejawów, przez zapomniane wydawnictwa z lat 20. i 30. oraz doskonale pamiętane komiksy z epoki PRL-u, aż po współczesność spod znaku Jeża Jerzego i Wilqa. Nie tylko poznałem dzieła i postacie, o których istnieniu nie miałem pojęcia, ale też dowiedziałem się, gdzie w tej bogatej historii mieszczą się komiksy, które sam ciepło wspominam z dzieciństwa.

Dzieciństwo było zresztą jednym z ważniejszych elementów tej wystawy. Duża część komiksowej twórczości skierowana jest w końcu do małoletnich odbiorców, a i z zachowania zwiedzających jasno wynikało, że wiele osób przywiodła na „Teraz komiks!” nostalgia. Większość z tych, których widziałem, przemknąwszy dość szybko przez części wystawy poświęcone początkom komiksu, zatrzymywała się na dłużej w sali poświęconej latom 70. i 80., oglądając z uśmiechem gabloty poświęcone postaciom takim jak Kajko i Kokosz, Thorgal, Funky Koval czy Jonka, Jonek i Kleks. Sam utknąłem na ładny kwadrans w pokoju poświęconym przygodom Tytusa, Romka i A’Tomka, w którym m.in. wiernie odtworzono znaną z komiksów pracownię Papcia Chmiela.

Zawsze lubiłem w komiksie jego rozrywkowość. Mimo rosnącego prestiżu tego gatunku sztuki i coraz liczniejszych graphic novels tylko dla dorosłych, komiks, szczególnie w Polsce, wciąż kojarzy się w potocznym mniemaniu z niepoważnymi, przygodowymi historyjkami dla dzieci. Ale czy to faktycznie takie straszne? Jeśli komiks jest sztuką popularną i zazwyczaj łatwą w odbiorze, to tym lepiej dla niego: może dotrzeć do każdego, może podbijać serca, może komentować w lekki i zabawny sposób otaczający świat. Jednymi z najciekawszych fragmentów wystawy „Teraz komiks!” były te pokazujące, jak masowo w dawnej Polsce czytano (gazetowe) komiksy i jak popularność tych błahych z pozoru wydawnictw pozwalała im w zaskakujący sposób wpływać na rzeczywistość. Wiedzieliście na przykład, że gdy w 1939 roku katowiccy gazeciarze zgodzili się oddać część swoich zarobków na wsparcie polskiej armii, żądali w zamian nazwania zakupionego z ich środków bombowca imieniem uroczego obiboka i pechowca z gazetowego paska – Bezrobotnego Froncka?

Jest dla mnie coś ogromnie smutnego w myśli, że tak niegdyś popularny bohater dziś jest kompletnie zapomniany. A było przecież takich postaci znacznie więcej: kto poza pasjonatami historii komiksu wie o istnieniu Pata i Patachona albo Szalonego Grzesia? Problem nie tylko w tym, że od czasu powołania tych bohaterów do życia minął blisko wiek. W mroki niepamięci zepchnęła ich przede wszystkim wojna, która nie tylko brutalnie przerwała dzieje rodzimego komiksu, ale też gruntownie przeorała narodową pamięć. Że zmuszeni do walki o życie ludzie nie mieli głowy do obrazkowych historyjek, to jedno. Ale przedwojenne komiksy po prostu do nowej rzeczywistości nie pasowały: były zbyt błahe, zbyt pogodne, zbyt mocno zrośnięte ze światem, który przepadł na zawsze.

A jednak komiksy wciąż przecież istniały. Jednym z bardziej pamiętnych punktów wystawy było – powiększone do ogromnych rozmiarów – słynne zdjęcie wykonane przez Juliena Bryana, na którym we wrześniu 1939 roku dwóch polskich chłopców ogląda na gruzach Warszawy kolorową gazetkę z przygodami Myszki Miki. (Ciekawa jest zresztą historia tego pisemka – dość wspomnieć, że jedną z jego redaktorek była znana skądinąd Wanda Wasilewska). Na innej poruszającej fotografii warszawski powstaniec czyta z zacięciem kieszonkowe wydanie komiksu Błysk Gordon (czyli spolszczony Flash Gordon), być może szukając ucieczki przed ponurą rzeczywistością 1944 roku. Te obrazy robią wrażenie nie tylko z powodu wstrząsającego kontrastu, jaki ukazują. Zapadają też w pamięć, ponieważ nie pasują do obrazu drugiej wojny światowej, jaki nosimy w głowach. Niby pamiętamy, że życie nadal się toczyło, niby wiemy, że w okupacyjnej codzienności zdarzały się też chwile beztroskie – ale nie takie. Taniec przy muzyce z gramofonu, śpiewanie kolęd, spacery w letnim słońcu – zgoda. Ale komiksy? Komiksy zgrzytają. Są zbyt niepoważne. Myszka Miki na gruzach zburzonej stolicy ma w sobie coś niemal obrazoburczego.

Julien Bryan, Wikimedia.org

A jednak przejście nad tym zgrzytem do porządku dziennego jest zaskakująco łatwe. Twórcy wystawy „Teraz komiks!” zaznaczają oczywiście, że wojna przerwała ciągłość dziejów polskiego komiksu, ale nie czuło się tego bynajmniej, wędrując od eksponatu do eksponatu. Tekst na ścianie mówił o wyrwie, jednak sama forma uporządkowanej chronologicznie wystawy wysyłała całkiem inny przekaz. Ludzki mózg, wyspecjalizowany w dostrzeganiu wzorców, uwielbia spójność, a zgrzytów nie znosi; pokaż mu linearną narrację na temat historii komiksu od XIX wieku aż do współczesności, a uzna, że skoro zjawisko B nastąpiło po zjawisku A, to A bez wątpienia spowodowało B. Jak zakończone strzałką osie czasu, które rysowaliśmy w zeszytach na lekcjach historii: przeszłość jest wstępem do teraźniejszości, a skoro do niej prowadzi, to zapewne również ją tłumaczy.

Tyle że osie czasu kłamały. Wiedzieli o tym już antyczni władcy, wymazujący z dokumentów imiona swoich poprzedników i niszczący ich popiersia: to nie przeszłość tłumaczy teraźniejszość, a na odwrót. Fakty są niezmienne, ale historia, jak sama nazwa wskazuje, jest opowieścią, a ta już zmienić się może. Nieprzypadkowo wspomniałem we wstępie o polityce pamięci: naiwne pytanie, które zadałem w dzieciństwie tacie, było dla mnie ważne, bo nauczyło mnie zwracać uwagę na zgrzyty w narracjach. Komiksy nie pasują do gruzów Warszawy, bo nie taką historię o naszych dziejach sobie dziś opowiadamy. W dominującej narracji na temat dziejów Polski w XX wieku nie ma na nie miejsca: to opowieść o honorze, bohaterstwie i męczeństwie. Gazetka z Myszką Miki może być co najwyżej tragicznym obrazem utraconej niewinności lub dojmująco smutnym przypomnieniem, że wszystko marność. Nie może istnieć sama dla siebie, tak jak istniała w – nieprzetworzonej jeszcze w historię – rzeczywistości roku 1939. Przyszłość jest samolubna i zachłanna: co do niej nie prowadzi, musi popaść w niepamięć.

(Dwudziestolecie międzywojenne jest zresztą w Polsce epoką bodaj najsilniej zawłaszczoną przez przyszłość. W narracji władz PRL-u był to okres błędów i wypaczeń, kiedy lud polski cierpiał pod butem okrutnego polskiego pana. W narracji opozycji – to epoka wolności, rozwoju i prawdziwej polskości, której ideały powinniśmy wskrzesić. Kilka lat temu zaczęto je nagle porównywać do „dwudziestu lat wolności” po roku 1989, szukając nieistniejących często analogii. Wystawa „Teraz komiks!” mówi o dwudziestoleciu jako o epoce niezrealizowanego potencjału, sugerując, że gdyby nie wojna, mielibyśmy dziś może własną tradycję komiksu superbohaterskiego. Dziś świętujemy ten okres w kontekście stu lat niepodległości… Ciekawe, czym jeszcze się stanie? I co na wtłaczanie ich w takie narracje powiedzieliby ludzie, którzy wtedy żyli?).

Nie ma oczywiście nic złego w tym, że snujemy opowieści o własnej przeszłości. Jako ludzie nie potrafimy bez nich żyć: żeby funkcjonować, musimy rozumieć świat i samych siebie, a fabuły to jedne z najskuteczniejszych narzędzi, przy pomocy których przetwarzamy rozproszone fakty w spójny sens. Kluczowe jest jednak to, jaką historię opowiadamy – i co się nam w niej nie mieści. A więc (o czym dowiedziałem się dopiero w tym roku z wystawy) przed wojną mieliśmy w Polsce rodzime komiksy, a mnóstwo osób je czytało. A więc (jak dowiedziałem się parę lat temu z pewnej książki) historia jazzu w Polsce nie zaczęła się dopiero w latach 50. A więc (o czym dowiaduję się dopiero teraz) mieliśmy w kraju tak zasłużone dla nauki kobiety jak Józefa Joteyko, Łucja Charewiczowa czy Stanisława Adamowiczowa, o których ani słowem nie zająknęły się moje podręczniki historii, biologii, fizyki czy chemii.

Tęsknię czasami za światem, jakiego po raz ostatni doświadczyłem w dzieciństwie: światem bez kontekstu. Kiedy czytałem przygody Tytusa, Romka i A’Tomka, nie miałem pojęcia, z jakiej epoki pochodzą oraz które realia są w nich prawdziwe, a które zmyślone. Kartkując pozbawiony początku i końca straszny komiks o tajemniczym wojowniku, nie wiedziałem, że trzymam w rękach któryś ze środkowych zeszytów słynnego Thorgala. Zaczytując się przygodami Myszki Miki, zachwycałem się oryginalnością fabuł, bo nie wiedziałem jeszcze, że to w większości wariacje na temat przygód Fantomasa, Jamesa Bonda czy Sherlocka Holmesa. Zjawiska istniały same dla siebie, na własnych zasadach, niewpisane jeszcze w żadną wyraźną narrację. Nie musiały jeszcze być przykładami nurtu, epoki czy trendu. Mogły po prostu być. Przygwożdżone do osi czasu, upchnięte w dokładnie opisanych szufladkach, są dla mnie może bardziej zrozumiałe, ale za to zdecydowanie mniej fascynujące.

Krytyczka literacka i blogerka Elisabeth Sandifer omawia w kilku swoich esejach zabieg narracyjny określany jako „narrative substitution”. Twórca, który go stosuje, początkowo udaje przed odbiorcą, że opowiada pewien typ historii – gdy zaś już wprowadzi go w błąd, niespodziewanie ujawnia, że tak naprawdę snuł całkiem inną, ciekawszą opowieść. Edward Nożycoręki to nie potwór, a wrażliwy samotnik pragnący ciepła i bliskości. Szósty zmysł nie jest historią o przerażających widmach, a o nieszczęśliwych ludziach szukających pomocy. Rzecz nie tylko w tym, by zaskoczyć czytelnika czy widza szokującym twistem. Sensem narrative substitution jest to, by nowa opowieść, która zastępuje starą, była w jakiś sposób od niej lepsza. Może ciekawsza, może głębsza, może dająca bardziej do myślenia. Poszerzająca, nie zawężająca perspektywę. Bardziej ludzka.

Wystawy takie jak „Teraz komiks!” są cenne nie tylko dlatego, że wzbogacają naszą wiedzę o przeszłości. One robią coś dużo ważniejszego: pokazują nam luki w historiach, które opowiadamy. Wplatają w naszą opowieść o nas samych ciekawe, nieoczekiwane wątki, pogłębiają uproszczoną zanadto fabułę, wzbogacają ją o nowe sensy. Zmieniają to, jak postrzegamy przeszłość i teraźniejszość, a tym samym otwierają przed nami furtki do nowych przyszłości. W czasie wojny byliśmy ofiarami i bohaterami, zgoda. Ale skoro czytaliśmy komiksy na gruzach Warszawy, to może byliśmy do tego wszystkiego również trochę ludźmi.

Przemysław Zańko

Przemysław Zańko

(ur. 1989) – chłop z Mazur, obecnie inteligent w Warszawie. Publikuje opowiadania, recenzuje, bloguje. Interesuje się science fiction, nauką, grami, dziwnymi książkami i zdrowiem psychicznym. Skończył z polonistyką. Strona autorska: www.zanko.pl