berlinale1
ARTYKUŁY | 20.02.2014

64. Berlinale – część 2. Mniej poważnie

Na festiwalu Berlinale zaobserwowałam fizyczną reakcję, jaka zachodzi w moim organizmie po zetknięciu z pewnym rodzajem filmów. Z Aimer, boire et chanter wyszłam po kwadransie, podczas którego przeżywałam katusze, jakby powoli zbliżał się do mnie piekielny ogień. Nie wiedziałam jeszcze, co sprawiło tę alergiczną reakcję, ale decyzja jury, które przyznało temu filmowi nagrodę Alfreda Bauera, podpowiedziała mi przyczynę: kino, które otwiera nowe perspektywy. Zasmucona tak drastyczną diagnozą, postanowiłam drugą część relacji z festiwalu poświęcić materii okołofilmowej, bezpieczniejszej dla mojego zdrowia.

W pierwszej kolejności na wielką pochwalę zasługuje festiwalowa torba. Gruby, naturalny materiał, wymiar dopasowany do formatu festiwalowych publikacji, bezpieczny odcień szarości i niedźwiadki w różnych kolorach – wszystko to świetnie łączy funkcjonalność z obecnymi trendami w modzie casualowej. W porównaniu do gadżetów z poprzednich edycji Berlinale, sakwa zdecydowanie zwycięża, a według amerykańskich specjalistów może walczyć o miano najlepszej torby promocyjnej Anno Domini 2014.

Niestety, skomentować należy również festiwalowe wybryki Shia LaBeoufa. Istotnie, jak donosi prasa, zjawił się on na czerwonym dywanie z papierową torbą na głowie. Zgodnie z prawdą cytowano również niejasną wypowiedź aktora na konferencji prasowej (jedyne usłyszane od niego zdanie to: Mewy podążają za kutrem rybackim, bo myślą, że tam wyrzucane będą sardynki). Wers ten nie był jednak odpowiedzią na jakiekolwiek pytanie. To raczej jedna z kwestii w licho zaplanowanym performansie, wtrącona na siłę w rytm dziennikarskiej wypowiedzi. Marne efekty sugerują, że aktor nie przerobił nigdy monodramu…

Australijska brać aktorska również „przyznała się” do warsztatowych braków – tym razem w zakresie reżyserii krótkich form filmowych. Aktorzy, reżyserzy i animatorzy stworzyli zbiór etiud pod wspólnym tytułem The Turning. Wszystkie opowieści oparte są na opowiadaniach Tima Wintona, ale łączy je przede wszystkim przekaz artystyczny budowany według klucza: im mniej minut materiału, tym mniej jego autor ma do zaoferowania. Ciężko stwierdzić, która z części była zrobiona przez Mię Wasikowski, Davida Wenhama czy Ashlee Page, bo podczas seansu oczy zlepia mieszanka mdłego montażu i wodnistych point.

Wracając do konferencji prasowych: w tym roku, jak i w latach poprzednich, podczas spotkań artystów z dziennikarzami padło wiele mocnych, mądrych i pamiętnych pytań i odpowiedzi. Do historii kina trafi na pewno wypowiedź Umy Thurman: I’m excited to be here oraz relatywistyczny manifest Wesa Andersona: Yes, well, no. Nie zawiodła również prasa, szarżując podchwytliwymi pytaniami – o inspiracje do stworzenia filmu opartego na prawdziwych zdarzeniach czy związek The Grand Budapest Hotel z Węgrami – oraz komplementami w kierunku młodego wyglądu Matta Damona. Mój faworyt to melanż prostolinijności i retorycznego sprytu, jaki tylko nielicznym udaje się osiągnąć w dziennikarstwie: How do you like Berlin?

Te wszystkie pytania mógłby zapewne rozłożyć na części pierwsze Noam Chomsky, gdyby tylko Michael Gondry zapytał go o to podczas nagrywania materiału do swojego najnowszego filmu Is The Man Who Is Tall Happy?. Na szczęście reżyser wykazał się większą dozą autokrytycyzmu i większym wyczuciem absurdu: z nieporozumień rozmówców, z własnych merytorycznych wpadek, z niemożliwości wysłowienia się i nieprzystawalności wielkich teorii do swoich realnych wątpliwości, Gondry stworzył kolejny majstersztyk, dowód rzadko spotykanej wyobraźni. Autocenzura autorska czasem smuci jednak widza, tak jak w tym przypadku –  film kończy się po zaledwie siedemdziesięciu minutach.

Jeśli już o kwestię objętości wypowiedzi chodzi, to naśladując najlepszych, podziękuję za uwagę. A ponieważ o sztukach wizualnych mowa, niech o imprezie opowie jeszcze parę obrazków:

berlinale1 (1)

berlinale2
berlinale5ipol

berlinale3