oraange is new black
RECENZJE | 28.04.2014

50 twarzy kobiecego więzienia („Orange is the New Black”)

Instytucje, które funkcjonują w filmach czy literaturze na szczególnych prawach, mają obszerną i często przewidywalną historię. Szpitale (szczególnie te psychiatryczne), ośrodki odwykowe, policja, wojsko i jego specjalne jednostki, szkoły, więzienia i inne okazują się newralgicznymi punktami na mapie współczesnych miast i społeczeństw. Widząc zapowiedź kolejnego serialu (nie zaś filmu), którego akcja dzieje się w więzieniu, spodziewałam się, że moja przygoda z Orange is the New Black skończy się na pilocie. Trzy dni później zachłannie oglądałam finał pierwszego sezonu.

fc0c9d32f2b4f3db31343abdb21764ebPierwszy sezon jednego z hitów Netfliksu (choć w Polsce nie dorównuje on popularnością ich innej produkcji – świetnemu House of Cards) miał swoją premierę niemal rok temu. Na 6 czerwca zapowiedziano premierę drugiego – w takich przypadkach naprawdę docenia się fakt, że platforma udostępnia cały sezon naraz. Co ciekawe i być może warte zaznaczenia, najbardziej intensywnie lokowanymi produktami w tym serialu są… książki. Jednorazowy epizod z Dunkin Donuts to nic w porównaniu z dziesiątkami książek przewijającymi się przed oczami widza, który zdąży odnotować nie tylko to, że postać czyta, ale i: co dokładnie czyta. W więziennej bibliotece nie mamy do czynienia z książkami w rodzaju Wyboru wierszy, z którym fotografował się Tomasz Majewski, ale z konkretnymi tytułami. To nie tylko pozycje w rodzaju 50 twarzy Grey’a, o którego więźniarki proszą strażnika, ale także Nędznicy Hugo albo The Road Less Traveled Roberta Frosta. Nie jestem entuzjastką lokowania produktów (zamiast tradycyjnych reklam), ale przyjmuję to z zaciekawieniem. Tego jeszcze nie grali.

 

I would have waited like a week or two, but you never tried to reach me

Na przestrzeni trzynastu odcinków wydarza się bardzo wiele – zarówno na poziomie wydarzeń oraz rozwoju poszczególnych wątków i relacji, jak i tego, co wydaje nam się, że świetnie już rozpoznaliśmy, przewidzieliśmy i zrozumieliśmy. Model, wedle którego, na przykład po obejrzeniu więziennego filmu, czujemy, że gdybyśmy znaleźli się w podobnym miejscu (oczywiście za niewinność albo za to, jak mówi jedna z bohaterek, że źle skręciliśmy do kościoła) wiedzielibyśmy, jakie obowiązują tu zasady i jak unikać kłopotów większych niż sam pobyt w więzieniu. W jednym z pierwszych odcinków główna bohaterka na jedno z pytań współwięźniarki o jej biografię odpowiada: czytałam, że nie powinnaś mnie o to pytać. Wszyscy czytaliśmy o tym, co powinno się robić w więzieniu, a czego nie – również na tym polega nasz problem.

 

No, you never called me back

To nie jedna z tych opowieści, po których jesteśmy przerażeni, ale też pełni ulgi, że najważniejsze, że sami jesteśmy tacy cudownie porządni, kolację zjemy w wegańskiej restauracji, gdzie omówimy problem z biurowym ksero, a wieczorem obejrzymy kucharski talent show. Orange is the New Black nie decyduje się na tak tanie kontrasty – także pomiędzy światem widza i więzienia w Litchfield. Serial nie zapewnia tego przyjemnego poczucia bezpieczeństwa budowanego na bazie dystansu odczuwanego wobec interesujących bohaterów, którzy przynależą jednak do zupełnie innego świata niż ten, który postrzegamy jako własny. Nie mam na myśli tylko tego, że główna bohaterka – Piper Chapman – pochodzi z wyższej klasy średniej, jest szczupłą blondynką (Jestem tu krócej niż dwa tygodnie. Byłam głodzona, obmacywana, wyśmiewana, prześladowana, grożono mi i nazywano Taylor Swift), która dobrowolnie poddając się karze, zawiesza przygotowania do ślubu ze swoim dość mdłym narzeczonym Larrym.

 ad4fdffa948b71b7f9f18c3061385481

You were dating that bleach-blonde girl

Ach, świetnie się utożsamimy z taką bohaterką, każdej z nas mogłaby się przydarzyć jakaś nieszczęśliwa przygoda, po której trafia się do tego strasznego miejsca pełnego prawdziwych przestępczyń ze złego świata. Otóż nie. Widz wielokrotnie dochodzi do osobliwej pewności, że wie, po czyjej ma stać stronie (co jest zresztą niczym, gdy wziąć pod uwagę fakt, że po stronie jednej z więźniarek stoi Bóg) i że Piper nie bez powodu ma status ulubienicy jednego ze strażników. Co ważne, jest nią, ponieważ Sam Healy wierzy, że jest taka jak on, że w innym świecie byliby… No właśnie. Postępujące rozczarowanie Healy’ego zachowaniem kobiety rośnie wprost proporcjonalnie do zagęszczenia rozmaitych uwag natury rasistowsko-homofobicznej, które ten wygłasza i regularnie przekuwa na czyny. Relacja, która jest w ten sposób ukazana, ma co najmniej kilka funkcji – ukazuje nieprzewidywalne reguły władzy, a także seksualne podteksty przywilejów. Nie bez znaczenia jest też domniemanie, że jeżeli któraś z kobiet jest wykształcona, biała (w dodatku jest blondynką) i pochodzi z wyższej klasy – na pewno jest o wiele lepsza pod względem chociażby moralnym niż pozostałe.

 

If I find her, I swear, I swear

b31712ea3d11942acca3e7ff13c3462c

Tu docieram do tego, co w moim przekonaniu stanowi o wyjątkowości tego serialu i odróżnia go od rozmaitych produkcji spod znaku women in prison films. Orange is the New Black proponuje kilkadziesiąt znakomicie zarysowanych postaci – strategia ta zbliża serial do innego serialowego majstersztyku ostatnich dziesięciu lat – The Wire (jeszcze nie twierdzę, że to tak wybitne dzieło – zaczekam z ostateczną oceną do końca). Mamy do czynienia z dziesiątkami rozmaitych postaci, wśród których właściwie każda – w krótkich zbliżeniach, biograficznych retrospektywach i ukazaniu szczególnych, ale drobnych cech postaci – okazuje się godna zajęcia centralnego miejsca. Po pierwszych odcinkach miałam sceptyczny stosunek do tego pomysłu – wydawał mi się opierać na idealistycznym przekonaniu, że z małych fragmentów i dziesiątek postaci twórcy stworzą więzienny atlas kobiet. Ocena rosła jednak w miarę oglądania i w miarę upewniania się, że czego jak czego, ale atlasu nie będzie. To, co nie znajduje w tym serialu miejsca, to z pewnością próba wypowiedzenia ostatecznej prawdy o człowieku. Przepaść, która dzieli tragiczne wybory wszystkich tych kobiet, sprawia, że nie tylko nie oswajamy się z nimi i nie dokonujemy mentalnej adopcji na odległość. Jakkolwiek serial ogląda się znakomicie, to, kim stają się dla innych i dla siebie bohaterki, mimo chwilami komediowej konwencji, nie może nie budzić niepokoju.

 

I’ll kill her, I’ll kill her

Mnóstwo w tym serialu błyskotliwych uwag, zabawnych scen i scenek, które odgrywają bohaterki – ze szczególnym uwzględnieniem Poussey (jeśli myśleliście kiedyś o najgorszym imieniu, jakie można nosić w więzieniu – oto ono) i Taystee, przy których pojawieniu się na ekranie ma się ochotę krzyknąć „showtime!”. W rozmowach większości więźniarek pojawiają się przenikliwe i często przejmujące obserwacje dotyczące czy to rzeczywistości więziennej, czy świata zewnętrznego, czy wreszcie kwestii seksualności, rasy i płci. Nie tylko obecność transseksualnej Sophie (znakomitej, nieschematycznej i poruszającej postaci), która stara się poradzić sobie z żoną i synem żyjącymi na wolności, decyduje o znaczeniu tych wątków. Z pewnością to jeden z ważniejszych elementów serialowego przełamywania wyobrażeń o tym „jak jest” i „jak powinno być”. Umieszczenie tak skonstruowanej postaci w serialu jest zresztą przede wszystkim świadectwem odwagi i starań, żeby nie pójść najkrótszą drogą kulturowego stereotypu.

 

She stole my future, she broke my dream

Nieuważny widz może przeoczyć szereg uwag na temat znaczenia rasy w życiu więziennym (jedna z bohaterek wyjaśnia: to nie rasizm, to tribal), ale na pewno nie przegapi sytuacji, za które odpowiadają władze więzienia – wyborów do czegoś w rodzaju papierowego samorządu więźniarek dokonuje się wewnątrz ras. Nie lepiej jest w zakresie postrzegania orientacji seksualnych i seksualności więźniarek – Healy nie raz przestrzega Chapman (w więzieniu używa się nazwisk; jeden ze strażników, Caputo, twierdzi, że to pomaga sprawić, by nie czuły się jak prawdziwi ludzie) przed lesbijkami i zawiązywaniem jakichkolwiek przyjaźni w więzieniu.

 

I’ll kill her, I’ll kill her

Homoseksualna miłość i seks kobiet jest zresztą jednym z istotniejszych i trudniejszych tematów Orange is the New Black. Nie sprowadza się to do wulgarnych obrazów pochylania się po mydło pod prysznicem (co sugeruje strażniczka podczas lekcji dla młodzieży), nie jest jednoznaczne i prawdopodobnie rzadko jest niepożądane. Rozmaitość i wielowymiarowość relacji i związków (a także ich konsekwencji, które ominę, aby utrzymać ten tekst w trybie spoiler-free), które nawiązują lub chcą nawiązywać bohaterki, jest tu bardzo interesująca. Dość wspomnieć, że mówimy o wachlarzu obejmującym zarówno uznanie kogoś za więzienną żonę (niekoniecznie z wzajemnością), jak i skomplikowaną konfrontację z byłą dziewczyną (postać Alex Vause – wytatuowanej, silnej kobiety, wprowadzającej do serialu obietnicę ryzykownej przygody), która nie tylko odsiaduje swój wyrok, ale także oddziałuje na więźniarkę Chapman.

 81f95dd992455a9c1cfdab7f6bf89690 (1)

 

She stole my future when she took you away

Kiedy zastanawiam się nad tym, jak budowany jest ten serial, w tym dialogi pomiędzy postaciami, powraca do mnie ciągle zdanie, które wypowiada jedna z dość paskudnych postaci, należąca do administracji więzienia. Fig (kobieta) wchodzi w rozmowę na temat Sophie, która operacyjnie zmieniła płeć i stała się kobietą. Podczas niej wypowiada zdanie, które mówi więcej o rzeczywistości, niż by się chciało: Jak można nie chcieć być mężczyzną? Przecież to jak wygrać los na loterii.

Dochodząc do końca tekstu, jestem zawiedziona – nie wspomniałam ani o nieco przerażającej, ale budzącej też podziw Rosjance Red, ani o jednej z moich ulubionych postaci – Miss Claudette, ani o Crazy Eyes, która nie ma pojęcia, skąd wziął się jej pseudonim. Zaczekam z tym do kolejnego sezonu – obiecano mi bardzo wiele. Zaczekam także na to, w jaki sposób bohaterki formułować będą swoją kondycję. Jednym z ważniejszych przekonań, jakie zdaje się forsować ten serial, jest dotąd to, że jakkolwiek zabawne nie byłyby poszczególne momenty Orange is the New Black, ostatecznie zawsze, jak mówi Chapman, stają one oko w oko same ze sobą i to właśnie to jest najbardziej przerażające spotkanie, jakie można odbyć. Nie dajcie się jednak zwieść. Więzienie w tym przypadku to nie metafora.

 

*Śródtytuły pochodzą z piosenki Soko I’ll Kill Her

Olga Szmidt

Olga Szmidt

(ur. 1989) redaktor naczelna portalu „Popmoderna”. Regularnie pisuje również dla „Czasu Kultury” oraz „Miesięcznika Znak”. Autorka monografii naukowej „Korespondent Witkacy” (Universitas, 2014) oraz biografii „Kownacka. Ta od Plastusia” (Czarne, 2016). Na Wydziale Polonistyki UJ przygotowuje rozprawę doktorską na temat autentyczności w XXI wieku. Pisze literaturę faktu.