popmoderna_rewolucja_2
RECENZJE | 30.10.2017

1917+100=? (Sheila Fitzpatrick „Rewolucja rosyjska”)

Stulecie rewolucji październikowej Wydawnictwo Krytyki Politycznej uczciło publikacją przekładu popularnego dziełka australijskiej historyczki Sheili Fitzpatrick. Można się z niego dowiedzieć, co stało się w roku 1917, a także uświadomić sobie, że nie wiemy, co dzieje się teraz.

Pierwsze anglojęzyczne wydanie pochodzi z roku 1982, a więc z okresu, gdy rocznice października obchodzono może rytualnie, lecz hucznie, bo istniał jeszcze socjalistyczny świat. Książka miała dotąd kilka anglojęzycznych wydań. Wydanie czwarte (2017) ukazuje się w erze światowego zamętu, gdy po realnym socjalizmie został stary Raul Castro, ultranacjonalistyczna Korea Północna i kapitalistyczno-czerwone Chiny Xi Jingpinga. Ale i liberalny kapitalizm nie czuje się tak dobrze, jak w chwili ukazania się drugiego wydania (1994). I choć dzięki temu na sto lat rewolucji październikowej można spojrzeć bez jednej ideologicznej przesłony, to wcale nie wiadomo, co z tą wolnością myślenia począć.

Rewolucja rosyjska Fitzpatrick była wielokrotnie przepracowywana. Nie rzuca się to jednak za bardzo w oczy, ponieważ zdystansowany, lakoniczny, niekiedy prześlizgujący się nad najciekawszymi teoretycznie kwestiami styl z łatwością poddaje się zmianie wyznaczonego na początku azymutu. W związku z kolejnym wydaniem, autorka starała się postawić więcej znaków zapytania niż udzielić odpowiedzi. Jednak czytany w setną rocznicę rewolucji tekst pozostawia istotny niedosyt. Być może Fitzpatrick chciała pozostawić margines swobody dla ewentualnego wydania piątego. Fragmenty, w których październik widziany jest ze stuletniej perspektywy, są skąpe i zawieść mogą czytelników szukających szerszego spojrzenia na pierwszą zwycięską (przynajmniej faktycznie) rewolucję pod sztandarami komunizmu. Czy był to efekt zamierzony, czy nie, Rewolucja rosyjska pozostawia nas z poczuciem uogólnionej bezradności. Rosja w roku 2017 jest krajem autorytarno-kapitalistycznym, którego dawniejsze dziejowe posłannictwo zostało zastąpione neoimperialnymi dążeniami i potajemną budową międzynarodówki nacjonalszowinistycznej. Rewolucji oficjalnie się w niej nie czci, lecz pozostawia historykom. A co z resztą świata?

Reszcie świata przydać by się mogło w setną rocznicę wielikoj oktiabr’skoj ponowne przemyślenie lewicowego dziedzictwa. Ta jego część, która dała się zaprząc pod sztandary liberalizmu – zwłaszcza obyczajowa – na pozór wygrała, chociaż prawicowe wzmożenie ostatnich lat każe powątpiewać w ostateczność triumfów. Ale lewica ekonomiczna na Zachodzie ma się słabo, a jej postulaty skutecznie przejmuje prawicowy populizm. W sytuacji, gdy główna linia politycznego antagonizmu biegnie dziś między liberalizmem a (zmieszanymi w różnych proporcjach) socjalizmem i nacjonalizmem, rewolucyjna lewica jest wykluczonym trzecim graczem. A jeśli zważyć, jak często osuwała się za cienką linię dzielącą kolor czerwony od brunatnego, to być może jest graczem nawet nie wykluczonym, ile po prostu fantazmatycznym i niemożliwym.

Mogłoby się wydawać, że jeśli setna rocznica października zdarza się w takiej koniunkturze, to rok 2017 będzie czasem powrotu do wszystkich przerobionych już debat – o przedwczesność rewolucji październikowej, jej możliwość w kraju takim jak Rosja, stosunek przewrotu inscenizowanego przez grupę do wystąpienia mas, o relacje rewolucji światowej, permanentnej i „socjalizmu w jednym kraju”, o obumieranie państwa w teorii marksistowskiej i jego wzmocnienie w praktyce, rolę partii, a wreszcie o to, czy kapitalizm państwowy jest już socjalizmem, o komunizmie nie wspominając. Naturalnie pozostaje jeszcze dyskusja, czy wypaczenia zaczęły się od Stalina, od Lenina, czy też może od samego Marksa. Ale o debatach tych jakoś specjalnie nie słychać. Prawda, kiedyś już je toczono, i to nieustannie. Jednak problem dzisiejszych czasów nie polega na tym, że zaakceptowaliśmy rezultaty ówczesnych sporów, więc nie mamy do czego wracać. Przeciwnie, dziś widać – jak może nigdy wcześniej – że żaden z nich nie został zamknięty. Wiemy mało, dużo za mało, żeby ocenić, czym była rewolucja październikowa, czym mogła nie być i na ile antykapitalistyczna lewica ma sens. Mimo to nie wracamy do debat, zupełnie tak, jak gdyby ilość wylanego na nie dotąd atramentu czyniła z takiego powrotu tytaniczne zadanie. Być może nie mamy już siły na nic innego niż proste, jawnie banalne oceny albo wzruszenie ramion. Utopiliśmy się w oceanie wiedzy o faktach, w nieskończoności stanowisk, z których żadne nie daje przekonującego rozstrzygnięcia. Więc, jak bohater filmu Castaway, wyrzucony na samotną wyspę rozbitek, czynimy z podstawowego celu życia samo oddychanie.

Fitzpatrick w swojej książce również sprawia wrażenie, jakby po prostu oddychała. Nie usiłuje odpowiadać na pytania o sens i dalekosiężne skutki rewolucji październikowej. Zasadniczo nie wraca do starych sporów o to, kiedy naprawdę zaczął się niedopuszczalny terror. Nie pyta, na ile rewolucja była rzeczywiście marksistowska, a w szczególności na ile „prawdziwie” marksistowski był Związek Radziecki. Autorka czasem tylko zaznacza kluczowe historiozoficzne spory, jak ten o słuszność bądź Trockiego, bądź Stalina, ale zamarkowawszy je, idzie dalej. Nie jest to rzecz jasna jednoznaczna wada. Zwięzłe przedstawienie na 227 stronach historii całej rewolucji – począwszy od sytuacji Rosji u schyłku XIX wieku, a skończywszy na wielkim terrorze i przededniu drugiej wojny światowej – jest wartością samą w sobie. Szczególnie, jeśli ktoś chciałby sobie w synkretyczny sposób przypomnieć, co stało się sto lat wcześniej.

Cena, jaką przychodzi za tę zwięzłość zapłacić, pozostaje jednak wysoka. Beznamiętna historyczna narracja sprawia wrażenie, jakbyśmy oglądali rewolucję z wielkiego dystansu, który zapewnić może tylko anglosaska akademia. Lenin jawi się jako postać z papieru. Stalin nieco mniej, choć niezbyt przekonujące psychologizowanie usiłuje rzutować na niego jednocześnie paranoję i polityczną dalekowzroczność. Bolszewicy zostali przedstawieni jako osoby dogmatycznie opętane pewną ideą, która z powodzeniem mogłaby być jakimkolwiek innym fanatyzmem. W tym przedstawieniu ucieka duża część specyfiki rewolucji październikowej oraz przewodzącej jej partii. Bynajmniej nie z racji uchybień faktograficznych (pod tym względem książka wydaje się w pełni rzetelna, choć na pewno nieprzeładowana faktami), ale sposobu przedstawienia. Dla przykładu zastanawiając się nad tym, czy gdyby Lenin dożył końca lat dwudziestych, również, jak Stalin, zarządziłby odwrót od NEPu, Fitzpatrick zauważa, że Lenin był „wybitnie niestałym myślicielem i politykiem” (s. 146), więc z powodzeniem mógłby NEP porzucić. Oczywiście z pewnej perspektywy autorka ma rację, jednak w takim rozumowaniu umyka cała specyfika Leninowskiej polityki, usiłującej śledzić historyczną koniunkturę i celowo zmiennej.

Książce brakuje też choćby skrótowego spojrzenia na losy Związku Radzieckiego po wielkim terrorze. Autorka w tym bowiem miejscu zakreśla historyczny kres października, traktując kolektywizację, forsowne uprzemysłowienie, rewolucję kulturalną i wielki terror jako przejawy drugiego spazmu rewolucji. Ten interesujący pomysł odcina jednak rolę drugiej wojny światowej dla kształtowania się Związku Radzieckiego, pomija powojenne wzmożenie (zwłaszcza terroru) oraz w ogóle nie otwiera kwestii tego, od którego punktu liczyć należy ewidentnie post-rewolucyjny marazm ZSRR (od śmierci Stalina, klęski obietnic Chruszczowowskiego komunizmu, czy dopiero pełnego rozkładu czasów Breżniewa). Nie zyskujemy więc szerszego spojrzenia na pytanie, które od paru lat dręczy Žižka: w jaki status quo przeradza się rewolucyjny ferment? Od wielkiego terroru przechodzimy od razu do rozczarowanego bilansu współczesności, zupełnie tak, jakby cały okres stopniowego gnicia realnego socjalizmu wyparował bez śladu.

Książka Fitzpatrick, właśnie przez swój chłodny, czasem wręcz zbyt chłodny dystans, może nam uświadomić, gdzie jesteśmy w roku 1917+100. W czasie, gdy przeszłość da się zmierzyć, lecz nie rozstrzygnąć, przyszłość stała się więcej niż niepewna i chyba znów nie możemy nic.

 

Sheila Fitzpatrick

Rewolucja rosyjska

tłum. Jakub Bożek

Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2017

Liczba stron: 304

 

PS W przekładzie uparcie używano słowa „superstruktura” jako jednego z kluczowych terminów Marksa. Wydawnictwu, któremu nieobcy jest marksizm, trudno przypominać, że język polski zna dawniejsze, nieanglosaskie tłumaczenie oryginalnego Überbau: nadbudowa.