springbreakers
RECENZJE | 08.04.2013

„Spring Breakers”, czyli wakacje, z których nie ma powrotu

Katarzyna Wabik
Ilustracja:  Ola Szmida

 

Rozbieżność opinii dotyczących Spring Breakers to wynik sporu o to, o czym ten film tak naprawdę jest. Dla rzeszy nastolatków, którzy traktują go dosłownie, to historia o szaleństwach bez kary i konsekwencji, co w ich odczuciu jest godne pozazdroszczenia. Dla innych, tych dojrzalszych i posiadających bardziej subtelne gusta (jednak podchodzących do sprawy równie literalnie), to budząca zażenowanie opowieść o szaleństwach wyuzdanych młodych ludzi. Są jednak i tacy, którzy myślą wprost przeciwnie, bo dla nich film Harmony’ego Korine’a to próba zdekonstruowania panującej kultury przyjemności i nadmiaru.

Fabułę można nakreślić w kilku zdaniach. Cztery przyjaciółki, studentki college’u, spędzają przerwę semestralną na Florydzie, gdzie oddają się rozmaitym rozrywkom. Ogólnie nie brakuje niczego, co przychodzi na myśl, gdy używamy sformułowania: „dzika zabawa”. Taki sposób celebrowania wiosennych ferii jest zresztą w Stanach Zjednoczonych powszechny i wpisuje się w szerszą „tradycję imprezowania”, którą możemy znać z filmów o amerykańskich bractwach lub z programów typu Jersey Shore. Dziewczyny, żeby zebrać pieniądze na wyjazd, dokonują napadu – mimo że posługują się plastikowymi pistoletami, napaść jest prawdziwie brutalna (scena warta oglądania z najwyższą uwagą). Już na Florydzie przyjaciółki poznają gangstera Aliena (w tej roli brawurowy James Franco, zmieniony nie do poznania), którego karykaturalność nie niweluje przerażenia, jakie momentami wzbudza. Od tej chwili bohaterowie sieją terror wspólnie, a eskalacja hedonizmu wciąż postępuje.

W Spring Breakers amerykański sen odbija się w krzywym zwierciadle. Korine zdaje się mówić, że transgresja polegająca na pokonywaniu kolejnych zahamowań cielesnych i moralnych już od dawna nie jest warta rozpatrywania w kategoriach jedynie przyzwoitości. Być może w wyniku przesuniętych zbyt daleko granic zmierzamy wszyscy do nieuchronnej zguby. O tym, jakie to przerażające i niebezpieczne, mogą świadczyć powtarzane w kółko przez Aliena słowa: „spring break, spring break” . Powracająca fraza przestaje być synonimem czegoś radosnego i beztroskiego, staje się właściwa temu, co demoniczne i koszmarne. Czyżby z tych upiornych wakacji nie było już powrotu?

Reżyser uderza z dużą precyzją w newralgiczne punkty tożsamości amerykańskiego społeczeństwa. Wprowadzenie postaci Faith odsyła do skojarzeń związanych ze skomplikowaną kwestią religijności w Stanach Zjednoczonych – z jednej strony mamy do czynienia z fanatyczną wręcz pobożnością i pruderią, z drugiej zaś z postępującym zepsuciem. Film wyśmiewa to, co obecnie fetyszyzowane w USA, czyli kult ciała, pieniędzy oraz broni. Co do tej ostatniej: na długo pozostaje w pamięci dziwna (i mająca mocno seksualny wymiar) scena, kiedy dziewczyny wkładają Alienowi broń do ust. Widz traci wtedy rozeznanie i zaczyna zadawać pytania: „Kto tutaj rządzi, a kto jest wykorzystywany? Czy tutaj w ogóle jeden wykorzystuje drugiego?”. Odwrócenie ról, do których jesteśmy przyzwyczajeni, może być także symbolizowane przez różowe kominiarki. Tak jak w projekcie artysty Karola Radziszewskiego Fag Fighters, przemoc przychodzi tutaj ze strony tego, którego się nie spodziewamy. Tyle że u Radziszewskiego bezwzględnym oprawcą okazuje się homoseksualista, a u Korine’a młode, ładne dziewczyny w bikini.

Wrażenie to potęgowane jest poprzez kulturowy kontekst, w jakim funkcjonują odtwórczynie głównych ról, co wprowadza jeszcze inny poziom odbioru filmu. Dwie z zaangażowanych aktorek (Selena Gomez i Vanessa Hudgens) to gwiazdy ugrzecznionych filmów Disneya, w których dominuje przecież wizja nastoletniej idealnej miłości. Z drugiej strony pozostaje wrażenie, że reżyser gra tym dziewczynom na nosie. Poprzez swój obraz wyśmiewa kolejną kulturową tendencję; rozprawia się z kultem młodocianych celebrytów, którymi są bez wątpienia obie aktorki. Tak też można odczytywać pojawienie się w filmie piosenek Britney Spears sprzed dekady (śpiewanych przez bohaterów), które stanowią coś w rodzaju kulturowego flashbacku.

Największą jednak siłą Spring Breakers jest to, że ośmiesza popkulturę wachlarzem jej własnych atrybutów – kodów, motywów, konwencji, czy nawet kolorów. Dynamiczny, wideoklipowy montaż, powtarzalność i zapętlenia niektórych scen, filtry uwydatniające jaskrawe kolory oraz tak zwana „płynna narracja”, będąca poszarpanym, nielinearnym sposobem opowiadania – wszystkie te środki sprawiają, że film mówi do nas językiem tego, co obnaża. Paradoksalnie stanowi to uwiarygodnienie przekazu.

Cóż można więcej dodać? Może: „Pamiętajcie, że wyjeżdżacie na własne ryzyko. Przymus dobrej zabawy może okazać się piekielny”.