zapomnienie_eleny
RECENZJE | 15.07.2013

„Parada przed lustrem” („Zapominanie Eleny” Edmunda White’a)

Gdyby główny bohater obudził się o poranku jako robak, jego zadanie byłoby łatwiejsze. Wnioskując po swojej nowej posturze i nietypowym wyglądzie, mógłby wpełznąć pod ziemię i więcej już nie wypełzać. Niestety – budzi się jako młody mężczyzna, który nie wie, kim jest. Nie popada jednak w obłęd, a jego niepokój jest raczej umiarkowany. Po prostu – nie chce nikogo urazić. Jego dylemat, jak najdalszy od rozterek egzystencjalnych, to: pójść do toalety czy poczekać, aż wszyscy się obudzą?

Jeden z esejów Edmunda White’a nosi tytuł Osobiste jest polityczne. Już w debiutanckiej powieści pisarz udowadnia postawioną w nim tezę aż nadto dobitnie. Ciało, nagie albo w slipkach, w Zapominaniu Eleny jest elementem politycznego spektaklu. Nawet jeżeli bohater po prostu przechadza się po plaży w towarzystwie pięknej kobiety, zdradza przecież bardzo wiele.

Nasz spokojny pochód wzdłuż grzywiastych fal jest teraz jedynym godnym uwagi zjawiskiem na całej plaży, toteż wszyscy nieszczęśnicy, którzy nie mają dość werwy lub znaczenia, by się przyłączyć, obserwują nas badawczo, jakbyśmy stanowili jakąś nową, szczególnie intrygującą i niebezpieczną siłę, z którą należy się liczyć – i kto wie, czy tak nie jest naprawdę.

Co to za plaża, nie wiadomo. Kim są ci, którzy idą, nie próbujcie nawet zgadywać, bo opowiada Wam o nich ktoś, kto sam nie wie, kim jest. Kiedy bohater „ubiera się oczywiście na biało”, wybrany przez niego kolor jest nieprzypadkowy, a owo „oczywiście” to przeciwieństwo wszelkiej oczywistości. Postaci w powieści White’a ubierają się na biało, gdy idą na pogrzeb, bo najwyższą formą konwenansu jest konwencjonalny bunt.

Nasz pozbawiony tożsamości młodzieniec bywa nagi, ale wtedy też nie jest wcale naturalny, bo jego nagość jest tak samo znacząca, jak nagość w baśni Nowe szaty cesarza. Ciało stanowi tutaj materię do opracowania. Trzeba nie tylko nadać mu jakiś rys charakterystyczny, ale przede wszystkim odkryć, jakiego rysu spodziewają się po nim inni. Jedynie ich reakcje i opinie pozwalają na zbudowanie wyobrażenia o sobie. Dopóki nie uniosą brwi – nic nie jest pewne. Ale – czy to już jest przestrzeń polityki? Kiedy spacer po plaży przestaje być spacerem, a staje się manifestacją władzy?

Gdybyśmy – kobieta, Billy i ja – nadeszli plażą we troje, Herbert mógłby zaryzykować próbę sił, mógłby Billy’emu nakazać powrót do domu, a mnie – na mój samotny pagórek.

Dla głównego bohatera życie jest ciągłą „paradą przed lustrem”, grą wyobrażeń i spojrzeń. Jako człowiek pozbawiony tożsamości skazany jest na funkcjonowanie w rzeczywistości prowizorycznej, ułożonej ze świeżo rozegranych kart:

Oto mały, uśmiechnięty, oliwkowoskóry kibic – zabawna małpka, przewracająca oczyma – dmucha w żółty plastikowy gwizdek, który zwisa z jego szyi na sznurku. Zatrzymujemy się, gdyż człowiek pada na kolana. Będzie robił zdjęcie. I Herbert robi się fotogeniczny.

To opowieść o człowieku, który żyje w „wiecznym teraz”. Jest pełnym możliwości, fascynującym Dorianem Grayem, którego rysy zależą od pędzla artysty. Jest on także kimś poza dobrem i złem, noworodkiem z pustą pamięcią. Większość jego energii pochłania identyfikowanie i odczytywanie znaków rzeczywistości. Człowiek ten nie zna swojego imienia, ale i to nie daje mu poczucia zupełnej wolności. Wie, że miejsce, z którego imię zostanie mu nadane, jest miejscem przeznaczonym dla Innego.

Jednym z najciekawszych momentów w powieści jest scena grabienia liści. Grabić liście, zapominając o tym, że się grabi – to się bohaterowi White’a nie zdarza:

Wysoko przechylam taczkę na kole i przyglądam się, jak jej zawartość przez chwilę uparcie tkwi w miejscu, aby wreszcie ześlizgnąć się w jednym zbitym kłębie na kupę, którą wskazał Herbert, kiedy mi dawał instrukcje. Tylko czy to były na pewno instrukcje? […] A czasami pozwalam sobie na takie wyczyny, jak to prowadzenie jedna ręką, akt minimalnego sabotażu.

Bo skoro się grabi, to znaczy, że jest się przeznaczonym do grabienia. Sama ta podległość, nawet w obliczu fizycznej nieobecności jakiegokolwiek pana, wzywa do buntu. Z drugiej strony – nie każdy, kto grabi, jest sługą. Można przecież grabić dla własnego kaprysu, z powodu perwersyjnej ochoty albo wyrachowanego pragnienia wywołania skandalu. Czy jednak istnieje takie grabienie, które grabiącemu pozwoliłoby się wyzwolić spod wzroku Innego, który zlecił zadanie i teraz spogląda z pagórka?

U White’a istotą rzeczywistości jest jej wewnętrzna pustka. Czas bohaterów wypełniają rytualne zachowania, przesycone ironią i pełne dystansu rozmowy bez treści, niekończące się parady i gry towarzyskie. Miejsce etyki zajmuje estetyka, a gdzieś w tle zabija się młoda kobieta i wszyscy wychodzą na środek w białych ubraniach.

Trudno powiedzieć, czy White, ów stylista, esteta i sensualista, zanosi nad pustką skargę, czy też zadowala się jej „fotogenicznością”. Autor Zapominania Eleny jest wnikliwym obserwatorem, niemal pedantycznym w swoich opisach. Od czasu do czasu udaje mu się jednak uchwycić jakiś cenny moment, którego nigdy wcześniej nie było w literaturze. Można się spierać o pewien nadmiar stylistyczny czy konceptualny tej powieści, trzeba jednak przyznać, że pozostaje ona propozycją niepokojąco niejednoznaczną. Opowieścią o tym, że do osiągnięcia umiarkowanej satysfakcji nie potrzeba wiele – nie trzeba wiedzieć, kim się jest, wystarczy wiedzieć, jak się zachować.

 

Edmund White

Zapominanie Eleny

Przekład: Andrzej Sosnowski i Szymon Żuchowski

Biuro Literackie, 2013

Liczba stron: 156